niedziela, 29 czerwca 2014

Kubrick czyli pracowitość



Uwielbiam kino a oglądanie filmów jest jedną z moich ulubionych czynności, naprawdę! Muszę jednak przyznać, że jeszcze parę miesięcy temu uboższa byłam o trzy klasyki kinematografii (z całego bezmiaru klasyków, z którymi jeszcze się nie zetknęłam), a nazwisko Kubrick znałam jedynie ze słyszenia. Jakiś czas temu mój chłopak ze zdziwieniem dokonał odkrycia, że nie oglądałam nigdy "Mechanicznej pomarańczy" i natychmiast postanowił wyedukować mnie w tej kwestii, za co jestem mu dozgonnie wdzięczna! Prawdopodobnie nie do końca zrozumiałam ten film i pod koniec moje uczucia były mocno mieszane (choć z perspektywy czasu doceniam go coraz bardziej), ale scenografia i muzyka od razu zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Chwilę później okazało się, że w Krakowskim Muzeum Narodowym otwarta została głośna wystawa dotycząca twórczości Kubricka i za punkt honoru postawiłam sobie (przed odwiedzeniem muzeum) znaleźć czas na oglądnięcie słynnej Odysei Kosmicznej oraz (mimo, że nie lubię horrorów) Lśnienia. Trzy filmy to prawdopodobnie o wiele za mało, ale wystarczyło by czerpać przyjemność z wystawy.
Nie zamierzam nikomu spoilerować więc oszczędzę szczegółowego opisu tego co zobaczyłam. Było warto - to z pewnością. Opuściłam to miejsce pełna przemyśleń i to nimi chciałabym się podzielić.
Po pierwsze wyznaję swoje grzechy i obiecuję poprawę. Po wyjściu z muzeum naszła mnie przygnębiająca myśl (bardzo z resztą oczywista, nie było to odkrycie Ameryki - jedynie zaczęła doskwierać troszkę mocniej) dotycząca marnotrawienia czasu i przestrzeni w głowie na gówniane treści. Obiecałam sobie zatem, że przyłożę się bardziej do przerywania głupich czynności, jeśli zorientuję się że jestem w trakcie ich wykonywania - żegnaj "Na wspólnej" oglądane do kolacji, żegnajcie głupkowate kompilacje z youtube, żegnaj sadisticu! Zbyt cenna jest powierzchnia fałd mojej kory mózgowej.
Po drugie - nie będzie mi żal, jeśli w zaoszczędzonym czasie oglądnę pozostałe filmy Kubricka. Wystawa miała to do siebie, że nawet osoba nie znająca ani jednego filmu wyszła by z niej prawdopodobnie usatysfakcjonowana i zainspirowana. Jest więc kilka pozycji, których w przeciągu najbliższych miesięcy sobie nie odpuszczę!



No i kolejna rzecz - Pan STANLEY KUBRICK! Geniusz, artysta w czystej postaci. Jego osobowość zaparła mi dech w piersiach. Wszystkiego dowiecie się na miejscu, nie mogę jednak nie wspomnieć o tym, co mój zachwyt wzmaga najbardziej i na co polecam zwrócić uwagę: PRACOWITOŚĆ. W dzisiejszych czasach, gdy dewizą ogromnej liczby osób zdaje się być hasło "Jak tu robić by zarobić i się nie narobić?!" systematyczność i ogrom pracy jaką Kubrick wkładał w wykonanie każdego swojego dzieła dosłownie powala z nóg. Na prawdę nie potrafię opisać podziwu który czułam czytając jego korespondencję i analizując schematy w których co do sekundy zapisywał czas trwania i opis poszczególnych scen w planowanym filmie. Od dziś szafa wypełniona książkami o Napoleonie staje się dla mnie prawdziwym symbolem tego, że jeśli coś się robi - należy włożyć w to maksimum (obiecałam sobie, że zdjęcie tej szafy pojawi się na mojej tapecie w telefonie, gdy zacznę pisać pracę magisterską). Film co prawda nie został zrealizowany, ale sam fakt zgromadzenia takiej ilości materiału przed przystąpieniem do działania jest dla mnie imponujące do granic możliwości. 


Prawdziwy geniusz Kubricka można by argumentować na wiele sposobów. Poza pracowitością, zrobiła na mnie wrażenie jeszcze pewna niespodzianka. Z wielkim zdziwieniem odkryłam, że film "A.I. Sztuczna Inteligencja", który uwielbiam - mimo iż wyreżyserowany przez Stevena Spielberga, był pomysłem Kubricka i to przez niego został dokładnie rozplanowany. Kubrick "oddał" ten film Spielbergowi, ponieważ (z tego co zrozumiałam), lepiej nadawał się do nakręcenia tego filmu - miał lepiej opanowane techniki konieczne do realizacji tej produkcji. Wszystko co nagrał Spielberg było dokładnie odwzorowane na postawie planu przygotowanego przez Kubricka. Jak wielkim artystą trzeba być, by do tego stopnia skupić się na dziele i powodzeniu dzieła, a nie na sobie jako twórcy?

Z czystym sumieniem odsyłam każdego na tą wystawę - całe szczęście trwa ona jeszcze do września. Na zwiedzanie polecam godzinę otwarcia muzeum - zupełnie nieświadomie wybraliśmy się z tatą i bratem o 10.00 (wyprawa na wystawę była prezentem z okazji urodzin taty). Już o 11.00 ilość zwiedzających znacznie wzrosła, a delektowanie się tym wszystkim w zupełnie pustych salach było jednak ciut przyjemniejsze. Radzę również odwiedzić muzeum w dniu jakiejś porządniejszej dyspozycji czasowej, przysięgam że można by tam spędzić dobrych parę godzin.
Była to moja druga z kolei wyprawa do MN na takie multimedialne wydarzenie (poprzednio równie zachwycona opuściłam ten budynek po wystawie twórczości Antonisza) i na pewno nie ostatnia! Polecam serdecznie.




środa, 18 czerwca 2014

przeciążone głowy



Zastanawiam się ostatnimi czasy, ile razy w ciągu minionych tygodni byłam stuprocentowo skupiona na tym co robię? To pytanie nie wzięło się znikąd. Kilkukrotnie złapałam się na tym, że wykonuję w jednym momencie kilka czynności a w związku z tym właściwie żadnej nie wykonuję z pełnym zaangażowaniem.
Chwila refleksji naszła mnie kiedyś, gdy przy włączonych w telewizji wiadomościach wykonywałam na komputerze swoją pracę i jadłam kolację - wszystko na raz. Niby nic wielkiego, bo prawdopodobnie większość spośród moich znajomych funkcjonuje w ten sposób, ale.. W gruncie rzeczy robiąc to wszystko nie robiłam chyba nic tak jak trzeba: z wiadomości coś tam raz na czas przykuło moją uwagę, kolację pochłonęłam nawet nie wiadomo kiedy i cholera wie jak smakowała, a w związku z tym praca na pewno zajęła mi więcej czasu niż powinna. No i tak sobie myślę - czemu służyć ma ta współczesna wielozadaniowość?



Powiedzmy sobie szczerze, sytuacja którą opisałam nie jest przecież niczym niezwykłym. Pracujemy i studiujemy, bo ani jedno ani drugie solo nie jest wystarczające. Na półkach obok łóżka mamy przynajmniej kilka rozpoczętych książek w trakcie których czytania właśnie jesteśmy. W przeglądarce pootwieranych pierdyliard zakładek, bo jak będzie czas to trzeba zaglądnąć. Jedyną możliwością oglądnięcia filmu w całości (bez przerwy na herbatę, siku, fejsika, telefon) jest wycieczka do kina. Nie wiem czy potrafię zliczyć ilość moich interakcji z przestrzenią internetową podczas nauki.. Nie mówię już nawet o sytuacjach podręcznikowych w których podczas spotkań towarzyskich jesteśmy właściwie w kilku miejscach na raz: tam gdzie jesteśmy fizycznie, na czacie z kolegą i w sms'ach ze znajomymi z innego miasta.

No i prawdę powiedziawszy trochę mnie to boli, trochę przeraża. Człowiek się rozwinął, człowiek żyje szybko i podobno przetwarza w ciągu jednego dnia tysiąc razy więcej informacji niż jego starożytny pradziad Sokrates. Z jednej strony cieszy mnie to niezmiernie, bo jestem raczej z tych którzy wolą wiedzieć niż nie wiedzieć - nawet, jeśli wiedza nie jest wygodna. Siedząc w domu odkrywam tajemnice, o których mędrcom się nie śniło, z zainteresowaniem obserwuję na Instagramie co jakiś tam hindus zjadł dzisiaj na kolację, jednocześnie martwię się tym jak wiele z tego co mogłabym się dowiedzieć i co mogła bym przeżyć umyka mi pośród kompilacji z głupimi filmikami.

Pozostawię bez puenty, przepraszam. Można by się w sumie powołać na mądre psychologiczne porady, ale mają one to do siebie że pozostają tylko mądrymi psychologicznymi poradami. Jak wypośrodkować potrzebę dostosowania się do tych szybkich czasów, które narzucają ten tryb "jak najwięcej, jak najszybciej" (kosztem jakości) z chęcią przeżywania wszystkiego w teraźniejszości i powolnego smakowania?
Mam jedną odpowiedź: JAKOŚ TRZEBA.


środa, 11 czerwca 2014

Dokąd tak biegniesz - poradnik, jak udusić dziecko.

Tym co porusza polskich obywateli najdotkliwiej są bezsprzecznie martwe i zaniedbane dzieci. I wcale nie twierdzę, że to nieprawidłowe – dziwnym z tej perspektywy zdaje się być wyłącznie niski przyrost naturalny. Skoro tak kochamy dzieci, to czemu do cholery ich nie robimy?!  Ale to myśl na inną dyskusję.
Wracając do tematu, śmierć małej bezbronnej istoty dogłębnie porusza naszą wrażliwość. Co za tym idzie, wszystkie inne ważne tematy spychamy na bok a media i nasze prywatne rozmowy zazwyczaj sprowadzają się do pytań: czy można było tego uniknąć? kto zawinił? Jeszcze nie tak dawno anty-bohaterem narodowym była „Matka małej Madzi”. Tym razem społeczeństwo wini „Ojca dziewczynki z samochodu” i właściwie trudno się dziwić takiemu poglądowi. „Jak można zostawić dziecko w samochodzie?” „Jak strasznym rodzicem trzeba być?” „Niech tacy ludzie lepiej nie posiadają dzieci.” „Udusić rodziców!”  Faktycznie, to co się stało jest okropne i rozumiem cierpienie każdego kogo porusza ten temat. Jednak czy na pewno winnym jest ojciec?

Wyobraźmy sobie teraz naszą polską rodzinkę 2+1. Nie ma lekko, bo na dziecko trzeba mieć pieniądze, bo dziecku należy zapłacić za przedszkole, gdzieś tam jeszcze kredyt na mieszkanie, drogie paliwo no i fajnie było by z dzieciakiem pojechać na wakacje. Niby sielanka, bo mamy rodzinę, mamy siebie, mamy to dziecko, ale zapier*lać trzeba! Codziennie rano wstajesz, Twoja kobieta idzie do pracy, Ty zawozisz dziecko do przedszkola, na 8h wchodzisz w zupełnie inny świat, zarabiasz na to co masz, wychodzisz, dziecko odebrała Twoja kobieta, spędzacie razem parę godzin przed snem i usypiasz przed telewizorem (zapomniałam jeszcze o zakupach, praniu, sprzątnięciu i ugotowaniu obiadu, ale gdzieś by się wcisnęło). Wtorek wygląda podobnie, później środa, czwartek, piątek i kolejny tydzień a później kolejny miesiąc . Doceniasz to co masz, wiesz że ciężko na to pracujesz ale w pięknym uśmiechu swojej kobiety i swojego dziecka widzisz odbicie tej ciężkiej pracy.
Wstajesz rano, jecie razem śniadanie, w drodze do pracy odwozisz dziecko, BOŻE CO ZA UPAŁ! spędzasz w pracy kolejne 8h (akurat dzisiaj się uparli, każdy coś od Ciebie chce), zjeżdżasz windą po pracy (jeszcze tylko te korki i zaraz będę w domu) otwierasz samochód..
Znacie to uczucie „o nie, zapomniałem!”, kiedy mieliście zrobić coś naprawdę ważnego? Nie wyłączyłeś żelazka (czy moje mieszkanie jeszcze stoi?), zostawiłem portfel na samochodzie (k*wa, tyle gotówki, wszystkie dokumenty!) itp. Nie potrafię przywołać konkretnej sytuacji, ale wiem jak nagle jest pusto i głupio – bo właściwie to niby dlaczego zapomniałam, przecież nawet nie robiłam nic ważnego, po prostu się zamyśliłam - byłam pewna że to zrobiłam. I nic nie jesteś w stanie poradzić, bo przecież zawiodła Cię pamięć, a nie inny człowiek. Pamięci nie obciążę winą za śmierć dziecka.
Starasz się je reanimować, w głowie masz zupełną pustkę, totalny żal, smutek, bezradność. Nic już nie jesteś w stanie zrobić.
Współczuję ojcu, jest mi go żal i nie potrafię wyrazić swojego smutku. Z moich ust nie usłyszysz, że nie powinien być ojcem – być może właśnie on starał się być najlepszym ojcem na świecie? Być może to on dzień w dzień urabiał się po pachy by zapewnić swojemu dziecku wszystko co najlepsze?

Jak większość Polaków bardzo przeżywam tą sprawę i wiele wniosków przychodzi mi do głowy. Pomijając  jak najbardziej słuszną kwestię edukacji ludzi w sprawie świadomego pozostawiania dzieci i zwierząt w samochodach, poza tym najbardziej uderza mnie pośpiech.

Żyjemy w strasznych czasach, wciąż musimy się spieszyć, a nasze mózgi przyzwyczajają się do schematów, za pięćsetnym razem wykonujemy pewne czynności mechanicznie. Nie wiem czy warto i czy sama chcę tak żyć..


wtorek, 20 maja 2014

BABSKIE SPRAWY, czyli keratynowe prostowanie włosów kosmetykami Encanto

Nie jestem przekonana czy umiem skonstruować wpis o tematyce urodowo - fryzjerskiej. Uważam się chyba za ostatnią osobę która mogła by nazwać się specjalistką w tych dziedzinach. Doświadczenie keratynowego prostowania włosów jest jednak tak bardzo dla mnie istotne, że koniecznie chcę się nim podzielić - a perspektywa amatora może się komuś okazać przydatna.

Na początek o moich włosach:
Od dzieciństwa miałam piękne, brązowe falowane włosy - ukłony dla mamy, która dbała bym wyglądała bardzo dziewczęco. Stety niestety, niepokorny młodzieńczy charakter nie pozwolił mi usiedzieć w miejscu z jednym rodzajem fryzury nawet paru miesięcy. Już w gimnazjum dwa razy obcięłam się "na chłopaka", szybko odkryłam szamponetki, później farby, tysiące różnych kombinacji na głowie. Trzy z nich zabiły moje włosy na wieki:
a) wspomniane już farby: kocham rudy, ale co podkusiło mnie do czarnego - tego nie wiem.. Wiem tylko, że wyjście z mroku za pomocą rozjaśniaczy wypaliło resztki życia z ukochanych kudłów.
b) dready: do dziś wspominam je z uśmiechem na twarzy, bo o dreadach marzyłam od gimnazjum kiedy to pierwszy raz usłyszałam Boba Marleya - później ta miłość tylko narastała. W wieku 18 lat cieszyłam się bardzo sympatyczną fryzurką, wygodną i niezbyt wymagającą. Ale stan włosów po ich rozczesaniu (tak, rozczesaniu!).. auć! Boli do dziś.
c) prostownica: nie jestem w stanie opisać uczucia euforii, którego doznałam po zetknięciu z tym urządzeniem. Powiem tylko, że nie znosiłam moich nigdy-nie-układających-się-kręconych-włosów, w związku z czym prostownica zagościła w moim życiu na dobre. Myślę, że mam za sobą prawie 7 lat codziennego (z nielicznymi wyjątkami) prostowania włosów. Brzmi strasznie, prawda? 

Możecie się domyślać jak w ostatnich czasach wyglądały moje włosy. Nic więc dziwnego, że informacja o keratynowym prostowaniu rozbudziła moja wyobraźnię. Nie niszczy włosów, sprawia że są proste.. Brzmiało jak bajka - do momentu zapoznania się z cennikami salonów fryzjerskich. 300-400zł, efekt 3-4 mc'e, niestety na taki luksus mnie nie stać. Ale oczywiście kombinowałam dalej i szybko zorientowałam się, że są twardzielki które wykonują ten zabieg w domu, więc zdecydowałam się również i ja. 
Do stracenia na prawdę nie miałam już zbyt wiele - gorzej być nie mogło, a gdyby nie wyszło - cóż, 240 zł w plecy (tyle wydałam na kosmetyki Encanto, które mają wystarczyć na 3 takie zabiegi).

Nie będę opisywać zabiegu bo te informacje są dostępne w kilku innych miejscach, pokażę Wam jedynie jak to wyglądało u mnie, a na koniec podzielę się ostateczną opinią.

1. Tak wyglądały moje włosy przed zabiegiem po wysuszeniu - straszne siano, zupełny nieład.

 2. Tak starałam się, by wyglądały codziennie - 40 minut prostowania.

 3. Trochę bliższa perspektywa na straszny stan włosów.

4. Po nałożeniu keratyny. Niezbędna okazała się maska - cały zabieg jest długotrwały i dość nieprzyjemny, keratyna bardzo szczypie w oczy. Przy okazji podziękowania dla cierpliwej mamusi, która pomogła mi wykonać większość czynności.

 5. Tak wyglądały moje włosy po wysuszeniu (z nałożoną keratyną). Suszenie trwało bardzo długo, ponieważ według instrukcji należy robić to zimnym powiewem, a keratyna wcale nie chciała schnąć.

 6. Moje włosy na drugi dzień, po wykonanym zabiegu oraz po wymyciu włosów zwykłym (ale jednak specjalnie wyselekcjonowanym - musiałam kupić taki bez sylikonów itp.) szamponem.


Minął tydzień. Włosy od tego czasu wyprostowałam raz, na imprezę. Oto moje przemyślenia:

Na pewno nie jestem w 100% zadowolona z zabiegu. Bardzo chciałam, by moje włosy były proste jak druty - dokładnie takie, jak po przejechaniu prostownicą. Jak widać na obrazku powyżej, takiego efektu nie ma, wciąż po wymyciu włosów mam lekkie fale. Włosy są oklapnięte, mam dziwne wrażenie że (nieznacznie) częściej się przetłuszczają - nie jest to dla mnie katastrofa bo i tak codziennie muszę myć głowę, ale z moją tendencją do przetłuszczania zawsze chciałam walczyć o to by pielęgnacja włosów szła raczej w drugą stronę. 
Poza tym jestem prze szczęśliwa, naprawdę! Być może nie są to włosy idealnie proste, ale w końcu takie w których nie wstydzę się wyjść bez prostowania. Nie dość, że wyglądają po prostu zdrowo, to zyskałam około 40 minut każdego dnia. A co najważniejsze w tym wszystkim - nie katuję ich prostownicą 7 dni w tygodniu. Jestem pewna, że mimo paru wad wymienionych wcześniej powtórzę ten zabieg, chociażby po to by przez minimum rok odpuścić ich prostowanie - a wtedy zobaczę, być może wrócą do swojej dawnej kondycji sprzed dreadów, farb i maltretowania 180-cioma stopniami codziennie.

Edit:
Jest 15 lipca 2014, z "prostych" włosów pozostało niewiele i pewnie z początkiem sierpnia powtórzę zabieg. Niestety efekt był mocno średni i nie trzymał się długo, a jedynym plusem jest fakt, że udaje mi się unikac prostownicy.

Facebook

poniedziałek, 12 maja 2014

Powrót do mamy, kłopoty z dorosłością?

Na samym początku tego wpisu muszę przyznać, że decyzja sprzed paru tygodni o pisaniu bloga wywoływała we mnie samej skrajne emocje. Już parę dni po napisaniu pierwszego wpisu – który dotyczył przecież między innymi słomianego zapału, dopadł mnie jakiś wstyd i rezygnacja. Czy wypisywanie osobistych przemyśleń w przestrzeni publicznej nie obnaża mnie za bardzo? Kilkukrotnie przyszła mi do głowy myśl o skasowaniu tych dziwacznych wypocin. Z jednej strony myślałam: przecież jesteś czynnym użytkownikiem mediów społecznościowych, każdego dnia coś tam piszesz, pokazujesz. Kolejny głos podpowiadał, że przecież głupiutkie zdjęcia na instagramie, czy podlinkowane piosenki na fejsie, krótkie posty o niczym to banał, kontrolowane małostki wrzucane dla zabawy – nie tak wylewne, ani rzeczowe jak treść bloga.
Ostatecznie zmuszam się trochę dla zasady, bo ile rzeczy można zostawić w życiu niedokończonych? Może właśnie fakt, że ma być to coś bardziej przemyślanego nadaje temu wartość wyższą niż codzienne interakcje „Lubię to”, „Udostępnij”.
Ale ile można pisać bloga o tym jakie się ma problemy z pisaniem bloga? Do rzeczy.

Bardzo intensywny był ostatni rok. Nie zliczę wszystkich czynników, które miały na to wpływ. Właściwie to nie do końca chcę się nimi wszystkimi dzielić. Opowiem o jednym kluczowym, nad którym sama się głowię: o dwóch przeprowadzkach.
Jestem krakuską i jestem nią bardzo. Mogłabym to podkreślać w każdym zdaniu na swój temat, chciałabym to zaznaczać w każdym wypowiadanym wyrazie (choć nauka gwary krakowskiej przychodzi z tą samą trudnością co każdego innego języka). Identyfikuję się z moim miastem, kocham je i zachwycam się nim naprawdę każdego dnia. O Krakowie na pewno jeszcze napiszę i z pewnością pokażę go ze swojej perspektywy.
Jako krakuskę ominęła mnie wątpliwa przyjemność mieszkania w akademikach, lub mniej (ale jednak) wątpliwa wynajmowania pokoju z innymi studentami. Trzy lata studiów licencjackich spędziłam w zaciszu pokoju, który służył mi jeszcze od wczesnej podstawówki. Rodzice gwarantowali obiadki, kieszonkowe, ciepłą pierzynę, wyprane skarpetki i pozostałe dobrodziejstwa. Oczywiście zawsze doceniałam to wszystko, konsekwentnie trzymałam się maminej spódnicy, która wcale nie kolidowała z bujnym życiem imprezowo towarzyskim. Nie jestem pewna czy w ogóle udało mi się poczuć czym są studenckie imprezy, być może byłam na paru ale przez obecność licznych znajomych z liceów i techników krakowskich zupełnie inaczej ten czas postrzegałam. Może raczej jako kontynuację szalonych imprez licealnych. Studia to jedno – życie towarzyskie to drugie, zupełnie oddzielne. Ten bardzo fajny czas nawet nie pozwolił mi myśleć o tym, że dobrze było by się usamodzielnić. Wszystko było na miejscu – warunki do nauki, warunki do zabawy, warunki do wyciszenia. Licencjat zdany może nie bezstresowo, ale bez konieczności przedłużania nawet jednej sesji, czyli gładziutko.
I nagle, już po rozpoczęciu studiów magisterskich człowiek zaczął się zastanawiać nad opuszczeniem gniazdka, a było ku temu wiele powodów. Przede wszystkim praca, chłopak i poczucie, że to już „ten czas”.
Jeśli chodzi o pracę, to chyba nigdy się nie obijałam. Zawsze było mi trochę żal, bo gdy rówieśnicy bawili się na zagranicznych obozach wakacyjnych, ja zazwyczaj wykonywałam dorywcze prace typu roznoszenie ulotek, sprzedawanie biletów na plażę itp. Nie jestem pewna czy rodziców nie było stać, wydaje mi się że jednak krzewili we mnie poczucie iż muszę zapracować na to co mam, docenić wartość pieniądza. I zgodnie z tym zazwyczaj za połowę wyjazdu nad morze czy pod namioty musiałam zapłacić sobie sama – dziś mimo wszystko bardzo sobie cenię tą lekcję. Wracając do powodu przeprowadzki, po skończeniu licencjatu mogłam w końcu poszukać pracy w wymiarze szerszym niż tylko wakacyjny lub weekendowy. Pomijam już ilość wysłanych CV, fakt że byłam na jednej rozmowie o pracę a ostatecznie, że znalazłam ją po paru dobrych miesiącach i to z polecenia (czyli, co tu dużo gadać „po znajomości”). Moje rozgoryczenie w tym temacie jest tak duże, że chyba nie ma co rozsiewać negatywnych emocji – uważam, że to jakaś katastrofa i tyle.
Tak czy owak – pracę znalazłam, w wymiarze możliwym do pogodzenia ze studiami dziennymi, więc była to dla mnie po prostu rewelacja. Zaraz potem pojawił się chłopak, mieszkający w niesamowicie fajnym mieszkaniu z sympatycznymi współlokatorami, a potężne fale zakochania podpowiadały, że przecież najlepszym rozwiązaniem będzie zamieszkać razem już teraz, zaraz. I skoro przecież w końcu miałam za co się utrzymać (co jest stwierdzeniem zdecydowanie naciąganym, przy utrzymującej się jednak pomocy rodziców), w mgnieniu oka wielkie pudła i szafa czekały przygotowane na samochód dostawczy.
Muszę przyznać, że to był genialny rok. Pomijając nawet życie towarzyskie (a warto zaznaczyć, że mieszkanie którego stałam się lokatorką można śmiało opisać jako „dom otwarty”, przez który przewija się z każdym tygodniem garść nowych twarzy), bo do tego byłam, może nie w tym stopniu lecz jednak przyzwyczajona. Wiele nowych doświadczeń, nowych ludzi, spraw o których nie miałam pojęcia. Nie umiem opisać ile dała mi ta wyprowadzka – dowiedziałam się przede wszystkim, ile kosztuje życie. Nie tylko ile kosztuje pieniędzy, choć jest to wartościowa wiedza, ale też ile należy poświęcić mu energii by nie nawalić. Ja trochę nawaliłam. Rok studiów poszedł w plecy a konieczność zarabiania pieniędzy i godzenia pracy ze studiami doprowadziła do sytuacji w której byłam zatrudniona w dwóch firmach. Brak czasu dla siebie, jedzenie w biegu, jeżdżenie z jednej pracy do drugiej, a do tego próba ponownego rozpoczęcia magisterki poskutkowały właściwie tylko zszarganymi nerwami , co gorsza gdy chciało się odpocząć i udało się wyłuskać tą chwilę czasu, w mieszkaniu akurat właśnie trwała impreza (a wstrętna towarzyska natura nie pozwalała odpuścić). Z początkiem wiosny byłam prawie wrakiem, zaczęły się płacze, niezadowolenie ze wszystkiego, szkoda gadać. Za wszelką cenę chciałam udowodnić, że jestem dzielną młodą osobą która nie boi się wyzwań, broń boże się nie poddaje.
Całe szczęście udało się znaleźć z tej sytuacji optymalne rozwiązanie, zrezygnować z pracy w jednej z firm i jeszcze niedawno wszystko wyglądało kwitnąco. Znalazł się czas na książki, na studia, na film od czasu do czasu. Praca przestała być tak męcząca, a wykłady na uczelni coraz ciekawsze.

Aż tu nagle, jak grom z jasnego nieba uczelnia postanowiła poszerzyć ilość obowiązkowych zajęć (akurat w dniach/godzinach, gdy powinnam być w pracy – cóż za zrządzenie losu) – co poskutkowało dylematem: studiować czy pracować?
Pracy przecież nie rzucę, bo jest rozwojowa, bo chcę się tam zasiedlić i dobrze się tam czuję. Drugiej porażki jeśli chodzi o studia, też bardzo nie chciałam, choć (co za głupota!) byłam bliska zrezygnowania właśnie ze studiowania w tej sytuacji.
Podjęłam decyzję: ograniczam godziny pracy (co jest rzeczą bardzo komfortową, że mogę sobie na to pozwolić), zostaję na studiach i wracam „do mamusi”, na czas bliżej nieokreślony – dopóki nie będę mogła odpracować tego, co da mi zarobić na życie.

To właściwie jest koniec tej przydługiej opowieści, na koniec której sama sobie zadaję pytanie: czy ja się przypadkiem nie zachowuję głupiutko? Czy te decyzje nie są kaprysem, wygodnictwem?
Dla całkowitej jasności – ani przez moment nie pomyślałam, że mogłabym przeprowadzki (tej pierwszej) żałować. Zbyt cenne jest wszystko co wydarzyło się w przeciągu tego roku, a czego bez tej decyzji nie miała bym okazji doświadczyć nawet w połowie.
Z drugiej strony coś każe mi się wstydzić, że wróciłam do mamy. Być może jest to porażka, znak, że nie dałam rady?
Postanowiłam, że nie chcę zwalać winy na system edukacji (o którym mogłabym powiedzieć, że nie daje mi szans rozwoju zawodowego), nie chcę na pewno obwiniać pracodawcy że nie zarabiam tyle ile bym potrzebowała, bo było by to największą kpiną. Nie będę też płakać nad swoim własnym losem, użalać się i wmawiać sobie że to ja jestem do niczego – zbyt duże poczucie własnej wartości kłóciło by się z taką cierpiętniczą postawą. Może właśnie, wbrew schematowi podjęłam najrozsądniejszą z możliwych decyzji, dając sobie możliwość edukacji, pracy i czasu wolnego zarazem. Oby tak było.