środa, 18 marca 2015

Kim będę w przyszłości?

Był taki okres w moim życiu, gdy wyjątkowo intensywnie zastanawiałam się „kim będę w przyszłości?”. Miałam wtedy pewnie koło 13-16 lat i wcale nie chodziło mi o pracę, którą będę wykonywać. To też, ale w gruncie rzeczy zawód nigdy nie miał dla mnie największego znaczenia. Byłam w tym okresie okropnie wrażliwa, idealistyczna do bólu. Chciałam być dobrym człowiekiem i to było dla mnie najważniejsze.
Zupełnie nie myślałam o tym ile będę zarabiać. Raz na trzepaku pokłóciłam się z koleżanką z podwórka która wyznała mi, że jest materialistką i pieniądze mają dla niej duże znaczenie. Zupełnie nie umiałam tego pojąć. Wiedziałam, że pieniądze są – owszem – potrzebne, ale oczami wyobraźni widziałam swoje przyszłe życie w przyczepie kempingowej na plaży , latającą z cyckami na wierzchu dookoła ogniska. Taka była ze mnie hipiska.
W innej wersji widziałam swoją przyszłość w roli opiekunki dzieci autystycznych, która w domu chowa pięcioro swoich własnych pociech, wpajając im pacyfistyczne zasady współżycia w społeczeństwie. Lub wizualizowałam sobie perspektywę rozmarzonej artystki, mającej swoją ławeczkę gdzieś na plantach i  skrobiącej wiersze do odrapanego starego zeszytu.

Nie chcecie wiedzieć jak wiele było tych wizji przyszłości i jak bardzo były one odjechane.

Gdzie tam prawnicy, sławni naukowcy, celebryci i biznesmeni. Niektóre dzieci marzyły o tym, by w przyszłości zostać bogatymi piosenkarzami lub prezydentem. Żeby mieć willę z basenem i nieskończoną ilość atrakcji. W mojej dziwacznej głowie rodziły się w tym czasie wizje sklepików z antykami lub odtwarzania ról na deskach zakurzonego teatru.



Zastanawiam się dzisiaj, co pomyślała by tamta romantyczna dziewczynka, widząc moje dzisiejsze życie i poczynania. Czy była by ze mnie dumna czy rozczarowana? Może przeraziło by ją, że w wieku 25 lat nie założyłam jeszcze rodziny? Albo pozazdrościła by, że coraz mocniej stąpam po ziemi?


Mam wrażenie, że mimo iż wszystko jest teraz zupełnie inaczej niż wtedy – niewiele zmieniło się w tym idealistycznym, trochę zbzikowanym charakterze. Jestem teraz dorosła. Doceniam i rozumiem rolę pieniędzy w życiu. Ale nadal najważniejsze dla mnie, to być w życiu dobrym człowiekiem. Więc staram się na prawdę mocno. I wyobrażam sobie z zadowoleniem, jak to będzie za paręnaście kolejnych lat? 

W międzyczasie natknęłam się na arystotelesowską ideę złotego środka. Całe szczęście!


poniedziałek, 9 lutego 2015

Upadek uniwersytetu?

Studiuję już prawie 6 lat. Trzy lata licencjatu, pół roku pierwszego podejścia do magisterki, pół roku przerwy. W 2013 roku rozpoczęłam kolejne podejście do magisterki i dziś jestem na finiszu.
Studia zjadły mi nerwy, podczas licencjatu nabawiłam się nerwicy lękowej. Pochłonęły niewiarygodną ilość czasu i sporą sumę pieniędzy moich rodziców (ksera, książki, utrzymanie studentki). Studia urodziły w mojej głowie miliony przekleństw, złorzeczeń, wywoływały potoki łez.

Specjalnie na potrzeby tego wpisu sprawdziłam jak to było 6 lat temu. Mniej więcej tydzień przed rozpoczęciem studiów prezentowałam się tak:

(Myślę, że pytajnik nad moją głową nie pojawił się tam bez przyczyny.)


Co się zmieniło? 
Dziś jestem mniej zbuntowana, mniej porywcza. Przestałam z rzeczywistością walczyć, traktuję ją jak sprzymierzeńca. Porzuciłam egocentryczne (choć tak typowo zachodnie) myślenie, według którego w życiu najważniejsze jest, by "odnaleźć siebie", "być sobą". 
Zmieniło się dużo więcej bo wtedy byłam nastolatką, a w tym roku dobiję ćwierćwiecza. W ciągu tych sześciu lat codziennie podejmowałam lepsze lub gorsze decyzje. Pierwszy raz pomyślałam o sobie jak o dojrzałej osobie, dorosłej kobiecie - już nie dziewczynce. 

I po tych wszystkich złorzeczeniach, po wszystkich "kurwach" rzuconych w stronę szkolnictwa wyższego - dziś będąc prawie na mecie reflektuję się, że do tej mety wcale mi się nie spieszy. Doszło do mnie (jak to często bywa w moim przypadku - trochę po fakcie), że przecież bardzo lubię się uczyć. Właściwie to nie wyobrażam sobie nic lepszego, niż właśnie możliwość dalszego zdobywania wiedzy. 
Jak to? Przecież tak bardzo chciałam już iść do pracy i zarabiać jak człowiek pieniądze (co mimo studiów cały czas czynię). Chciałam zakładać rodzinę lub jeździć po świecie, wyprowadzić się od rodziców, chciałam dbać o własne gniazdko i uwolnić się od nauki. Studiowanie durnot przyprawiało mnie o gorączkę. Dlaczego nagle sprawia mi to taką przyjemność? 


Doceniłam rolę uniwersytetu. Głównie w swoim życiu, bo nie da się nie zauważyć że system szkolnictwa wyższego nam nawala. 



Cały świat kpi sobie teraz ze studentów (ze studentów filozofii szczególnie). Sławni i bogaci chwalą się karierami i pieniędzmi zrobionymi mimo braku matury. Koledzy którzy po technikum poszli do pracy (lub ze studiów odpadli) uparcie komentują na facebooku, że po studiach to co najwyżej prosta droga do McDonalda, bo liczy się wyłącznie zdobywane przez nich bogate doświadczenie zawodowe. Dziś "sukces" odnoszą jedynie biznesmeni, informatycy, "ścisłowcy". Sukcesem z resztą rzadko bywa cokolwiek innego, niż duża ilość pieniędzy. Szczytem prestiżu wśród młodych ludzi jest zostać projektantem, modelką, trenerem na siłowni, DJ'em - potwierdzone przez lajki. 
Zapomnijmy o czasach, w których prace naukowe Kartezjusza czy Hegla pchały naszą cywilizację naprzód. Mamy dziś do czynienia z festiwalem próżności i materializmu. Siwy profesor z długą brodą to zwykły stary dziad, który nie wie co to Start-up i apka. Jego smutna gadka o zatraceniu wartości niewiele nas interesuje. Dużo więcej emocji budzą nowinki technologiczne, ajfony siódemki, dziesiątki. W rolę telewizyjnego eksperta (chcąc nie chcąc budującego opinię) wcielamy serialowych nędznych aktorów lub Rafalalę. Profesorowie kurzą się w bibliotekach. 
Nie, oczywiście nie jest aż tak źle jak napisałam. Choć trzeba przyznać, że trochę podobnie. Idziemy w tę stronę? 


Ja jestem dumna, że jestem studentką. Nie obchodzi mnie, że ten sam tytuł co ja zdobędą osoby z mniejszą wiedzą, które cudem prześlizgnęły się przez studia. Jestem swoją własną miarą. 

Wiem że żadna praca nie zrekompensowała by mi rozwoju jaki dał uniwersytet. Wiele złego mogę o nim powiedzieć, ale bez niego było by dużo gorzej. 
Dzięki skończonym studiom wyczuliłam się na to co istotne, odróżniam rzeczy i sprawy wartościowe od chłamu. Nie kręcą mnie pseudo-naukowe motywujące gadki, owijanie w bawełnę. Potrafię radzić sobie z treściami, które do mnie docierają. Uniwersytet jest szkołą nauki: uczy jak się uczyć i jak robić to regularnie. Ile z tej nauki wycisnąć i gdzie szukać odpowiedzi. Nie nauczy się za Ciebie, nawet zadając trudne pytania na egzaminie..
Wierzę że rozwój który towarzyszył naszej cywilizacji przez wieki, opierał się na autorytecie wyższych uczelni. Boję się tego co może stać się z nami, gdy o najistotniejszych sprawach decydować będą telewizyjne autorytety i popularni blogerzy. Boję się że to już się dzieje. 

Moją najskuteczniejszą bronią przed otaczającą głupotą może okazać się wiedza. Dlatego zaczęłam ją pielęgnować i chłonę dziś dużo mocniej niż kiedyś. Tego nikt mi nie odbierze. 
Podczas gdy cały świat dąży do kultywowania wartości materialnych, sukcesów finansowych, osiągnięć technologicznych - wiedza może pozostać jedyną ostoją, stojącą na straży wartości ludzkich. Od tego powinien być uniwersytet, jeszcze wszyscy za nim zatęsknimy. 
Nauczaniem specjalistów do zawodu powinno zająć się technikum i szkoła zawodowa. Rolą uniwersytetu nie jest kształcenie pracowników, celem studenta nie jest praca. 


wtorek, 20 stycznia 2015

Dwa wpisy w jednym - o różnych dziwactwach które mi się nie podobają

Pozwoliłam sobie w dniu dzisiejszym skrytykować dwie sprawy zupełnie od siebie różne i nie mające ze sobą żadnych oczywistych (a innych nie zamierzam szukać) konotacji. Zamierzam zmieścić to gderanie w jednym wpisie, bo żal mi bloga na nadmiar wpisów krytycznych, krytykować jest łatwo.
Właściwie to na wstępie z najmilszą chęcią napisała bym elaborat o tym jak bardzo nie lubię ludzi nadmiernie krytycznych (uważam, że dużo trudniej jest znajdywać tematy o wydźwięku pozytywnym i niewielu to dzisiaj potrafi - w odróżnieniu od powszechnego narzekactwa i hejterstwa). Był by to jednak tym razem pocisk wymierzony w siebie samą.



Wyleję więc trochę goryczy, zaznaczając na wstępie że nie lubię tego robić. Być może jednak znajdę z kimś nić porozumienia w poniższych sprawach, co było by miłym efektem mojego gderania.

Po pierwsze. Zastanawiam się właśnie, dlaczego tyle moich myśli w ciągu ostatnich paru dni zajmuje Pan Terlikowski, jego żona i ich dziwaczne przekonania. Po co ja się tym w ogóle zajmuję? Szkoda czasu!
Niestety tak się składa, że w przerwie między pracą, modlitwą i wychowywaniem dzieci Państwo T. znaleźli chwilę czasu by rozpocząć swoją małą krucjatę czego skutkiem były dwa wywiady (w: Newsweek, Wysokie Obcasy) wydane w niedużym odstępie czasowym, oraz dzisiejsze komentarze do słów papieża. Nie wiem do końca co mną w tych chwilach kieruje, być może jest to jakaś wewnętrzna próba zmierzenia się z czymś niepojętym, oswojenia bestii - ale nazwisko "Terlikowski" przyciąga mój wzrok jak magnes i spośród natłoku innych ważnych artykułów czytam te oznaczone owym nazwiskiem.
Szanuję poglądy Państwa Terlikowskich. Podziwiam ich konsekwencję i upór w wierze. Nie wątpię, że są TRUE i myślę, że wiele cech które sobą prezentują przydały by się naszemu społeczeństwu. Ich wiara raczej nie jest głupia, a dzieci prawdopodobnie otrzymują bardzo dużo ciepła, być może tworzą nawet całkiem fajną parę. Właściwie to mogła bym wymieniać i wymieniać co mi się u nich podoba (wielodzietna rodzina, półki zawalone książkami, podejście osób zaangażowanych itp., itd.).
Nie podzielam ich poglądów w wieeeeelu sprawach, ale szanuję i przez wzgląd na ten szacunek powstrzymuję czasem swoje emocje. A te najchętniej napisały by za mnie kilka obraźliwych epitetów (oczywiście anonimowo, w komentarzu pod artykułem ;)).
Pomijając jednak różnice światopoglądowe i moje sympatie bądź antypatie, wkurzają mnie strasznie dwie rzeczy:

1. Chęć zbawienia wszystkich na siłę.
Jakże przyjemniej było by, gdyby Państwo Terlikowscy przedstawili sprawy w trochę inny sposób: nasze rozwiązanie jest fajne, polecamy Ci je i uważamy, że będzie dla Ciebie bardziej wartościowe by podążać taką drogą. Zamiast: My nie używamy antykoncepcji, bo Bóg tego od nas wymaga - ty też, pod żadnym pozorem tego nie rób!! My nie akceptujemy homoseksualizmu, więc całe Państwo w którym żyjemy, musi koniecznie stosować się do tego prawa!! My nie robimy tego czy owego - więc całej reszcie również zabronimy, bo cała ta reszta świata nie używa mózgu i nie będzie wiedziała jakie podejmować decyzje!!
Rozumiem mesjanizm - być może ma on swoje racje, ale ludzie - nawet świadkowie Jehowy, gdy się ich wyprosi drzwiami, nie próbują wleźć oknem. Zbawienie nie działa "na siłę". Z moich obserwacji wynika, że wręcz przeciwnie. Rozumiem też tęsknotę, za odchodzącymi powoli chrześcijańskimi wartościami, które trzymały świat w dość bezpiecznych ramach i staram się zrozumieć przerażenie, które być może Państwu Terlikowskim towarzyszy w trosce o przyszłość. Ale nie tędy droga! Nie tym tonem, tym tonem można jedynie zaszkodzić.

2. Nieumiejętność czytania ze zrozumieniem, lub zbytnia emocjonalność Pana Tomasza Terlikowskiego (lub jedno i drugie).
Dziś w internecie królują prześmiewcze wpisy o tym, że (niezbyt lubiany,więc łatwo o wywołanie sensacji) publicysta sam siebie nazwał królikiem. Co gorsza, nazwał się królikiem w kontekście stosunków seksualnych. Jako że wszyscy wiedzą jak to jest z królikami - pruderyjni Polacy zachichotali. Nieszczęśliwie dla Pana Terlikowskiego, zachichotali na jego własne życzenie.
Papież Franciszek, powiedział ostatnio kilka mądrych zdań dotyczących rodzicielstwa. Powiedział przede wszystkim, że powinno się ono opierać na odpowiedzialności i tak ja rozumiem główne przesłanie tej wypowiedzi. Niefortunnie dodał, że katolicy nie mają obowiązku by rozmnażać się jak króliki (nie twierdząc przy tym, że rodziny wielodzietne są czymś złym - raczej sugerując, że należy mierzyć siły na zamiary, w swych rodzicielskich poczynaniach). Podał też jako liczbę optymalną 3 dzieci, nie twierdząc przy tym że posiadanie większej ilości w każdym przypadku jest ZŁEM. Podkreślił dwukrotnie: najważniejsze jest odpowiedzialne rodzicielstwo. Co z tego wynika dla normalnej osoby (która czyta ze zrozumieniem)? Wynika to, że katolicki rodzic nie jest zobligowany do posiadania ogromnej ilości dzieci (bo Bóg dał tyle, na tyle pozwolił - więc to łaska!), że płodząc potomstwo powinien zastanowić się nad tym czy temu dziecku jest w stanie zapewnić dach nad głową i pożywienie. Katolicki rodzic według Franciszka, to świadomy rodzic.
Pan Terlikowski postanowił jednak przeczytać wypowiedź papieża bardzo szybko, wziąć ją głęboko do siebie i zareagować równie prędko jak emocjonalnie. Co gorsza, potraktował wypowiedź za bardzo dosłownie, pomijając w zupełności kwestię odpowiedzialnego rodzicielstwa (ja nie wątpię, że Państwo Terlikowscy do kwestii rodzicielstwa podchodzą odpowiedzialnie) - a skupiając się głównie na liczbie "3" i porównaniu do królików. Tym samym zrobił z siebie większego pajaca niż jest (a mam go raczej za publicystę niż pajaca, lecz tym gorsza dla niego - po publicyście więcej można by się spodziewać).

No i sobie ponarzekałam.. Na tyle linijek, że w drugiej sprawie postaram się być oszczędniejsza.


Po drugie wkurza mnie akcja "Weźże gadaj ciszej" w krakowskich tramwajach. Może nawet nie tyle wkurza co smuci. Życie w społeczeństwie polegało kiedyś na tym, żeśmy się sobą interesowali. Być może dla części osób było to coś irytującego.. Dla mnie nie.
Z dumą mówimy, że nie wchodzimy innym pod kołdrę. Stawiamy osiedla ogrodzone siatką, nie znamy swoich własnych sąsiadów. Zamykamy się w swoich samotnych wyspach i zaczynamy bać się kontaktu z "żywym człowiekiem". Delektujemy się "swoją prywatnością", z której chwilę później obdzieramy się na portalach społecznościowych. Świat zwariował, nie chcemy znać siebie nawzajem i nie chcemy mieć zbyt dużo wspólnego z tymi, z którymi często dzielimy najbliższą przestrzeń: piętro, klatkę, blok, osiedle, miasto.
A teraz jeszcze to.. "Weźże gadaj ciszej"! I hasła "Nie chcę słyszeć co będzie na obiad",  "Nie chcę słyszeć o Twoich chorobach", "Nie chcę słyszeć Twoich kłótni", "Szanuj innych - weźże gadaj ciszej".
Wiesz co? Ja chcę wiedzieć. Chcę wiedzieć co u Ciebie, nawet jeśli jesteś obcą osobą. Chcę wiedzieć kim jesteś jeśli mieszkasz w mojej okolicy. Chcę czuć, że jesteś do mnie podobny i że tworzymy część jednej całości - społeczeństwa. Chcę Cię znać i interesuję się Tobą, ponieważ nie jestem samotną wyspą. Nie chcę odpychać od siebie ludzi, by potem szukać w sieci sposobu by ich zrozumieć.


Pozdrawiam i  radzę szybko porzucić tę lekturę, zanim stetryczejecie tak jak ja pisząc te przemyślenia.


niedziela, 23 listopada 2014

Może zbyt osobista krytyka filmowa

Ten wpis miał się tu pojawić już dawno, ale zawsze zastanawiałam się jak go ugryźć by nie wyjść na przemądrzalca. W całym środowisku i licznych recenzjach filmowych zawsze przeraża mnie bezdyskusyjny i stanowczy ton wypowiedzi. Nie chcę przez to powiedzieć, że nie ma rozróżnienia na chłam i arcydzieła bo być może jest, ale ja traktuję kino zupełnie inaczej i staram się dawać innym takie przyzwolenie. Dla mnie oglądanie filmów jest zawsze bardzo nastrojowe, osobiste, może nawet intymne. Każdy z nas przeżył w swoim życiu coś innego, więc inne rzeczy nas poruszają - banał, lecz w tej kategorii często nierozumiany.

Poniżej lista kilku filmów, które miałam okazję oglądnąć niedawno, które mnie poruszyły i którymi chcę się podzielić. Proszę nie traktować tych krótkich opinii jako ostatecznych czy jakkolwiek profesjonalnych - to raczej emocjonalny galimatias (kolejność bez znaczenia).


1. Locke (2013) reż. Steven Knight

Uwielbiam teatralne kino. Powaliła mnie prostota: jeden aktor i nieustannie ta sama przestrzeń. Autorzy filmu zręcznie zbudowali dynamiczną akcję przy tak ograniczonych środkach. Dla mnie jest to opowieść o człowieku (w ogólnym tego słowa znaczeniu), który popełnia błędy, oraz o trudnej odpowiedzialności. Odpowiedzialności będącej dziś prawie przeżytkiem.
Tak bliski stał się dla mnie bohater - osoba której świat sypie się, ponieważ kiedyś dopuścił się głupiego błędu. Prawie każdy z nas zrobił kiedyś coś czym zniszczył wszystko to co było dla niego ważne. Nie oceniam Ivana, ale przysięgam że byłam z nim przez całą podróż i głęboko ją przeżywałam. Brawa dla Toma Hardego!



2. Bogowie (2014) reż. Łukasz Palkowski

Przede wszystkim, niezbyt odkrywczo jest to dla mnie fantastyczna kreacja stworzona przez Tomasza Kota. Załamana polską kinematografią ostatnich dekad wyszłam z kina pełna optymizmu. Róbmy takie filmy! Zabawne, poruszające i prawdziwe. Wcale nie przeszkadzała mi szarość i bieda które w innym wydaniu mogła bym uznać za przegadane do znudzenia. W tym filmie tak po prostu jest i w końcu twórcy potrafili zrobić z tego zaletę.
Dodatkowo piękna historia o zmierzaniu do celu. Dziś tak łatwo się zniechęcamy, a przecież to właśnie wtedy było pod górkę.



3. Moon (2009) reż. Duncan Jones

Kiedyś myślałam, że nie lubię filmów science-fiction. Dziś wiem, że to jeden z moich ulubionych gatunków, między innymi dzięki filmom takim jak ten. Nie chcę zupełnie nic zdradzać, fabuła jest zaskakująca. Można by powiedzieć, że porusza przegadane już problemy społeczne. Jest przy tym jednak tak poruszający i przemyślany, że nie potrafię mieć zastrzeżeń! I przy okazji to jest film o kosmosie, a filmów o kosmosie nie potrafię trzeźwo traktować, ponieważ mam na ich punkcie absolutnego hopla. Zachęcam bo warto!



4. Interstellar (2014) reż. Christopher Nolan

Skoro już jestem przy kosmosie, to musi się tu znaleźć moja największa miłość ostatnich tygodni. Idąc do kina na Interstellar nie spodziewałam się niczego, bo był to spontaniczny wypad z przyjaciółmi, nie zdążyłam zapoznać się nawet z trailerem.
Z seansu wyszłam na ugiętych kolanach i z absolutnym poczuciem najlepiej wykorzystanego czasu. Nie będę kłócić się z licznymi negatywnymi recenzjami, do których dotarłam później. Nawet wśród moich znajomych opinie są skrajnie podzielone. Dla mnie było to przeżycie głównie pobudzające wyobraźnię i swoje zadanie spełniło w dwustu procentach. Jeśli ktoś oczekiwał wzorowo oddanych teorii naukowych to istnieje możliwość, że wyszedł zawiedziony. Jako studentka filozofii, a głównie słuchaczka licznych zajęć z wiedzy o wszechświecie nie oczekuję odwzorowania rzeczy których odwzorować się nie da, szczególnie po filmie science-fiction. Najważniejsza jest dla mnie niezliczoność możliwości i prawdziwa uczta dla umysłu. Daję 10 na 10 i odsyłam przed duży ekran. Chętnie w moim towarzystwie bo nie wyobrażam sobie nie iść jeszcze raz na ten film.



5. Gwiazd naszych wina (2014) reż. Josh Boone

Zdecydowanie film nie dla każdego, bo chyba głównie dla nastolatków. Wiem, że część osób ma alergię na tego typu łzawe historie. Mnie wzruszył i rozczulił, a przede wszystkim podchodzi pod kategorię "ciepłych" filmów, które czasami po prostu mam potrzebę zobaczyć. Myślę, że w obliczu choroby wszystko się zmienia i świat ma prawo funkcjonować w takich banalnych kategoriach. Daję na to przyzwolenie i wcale mnie to nie razi. Mam wrażenie, że te banalne kategorie od których nie raz uciekamy, są czymś wartościowym a nie wyłącznie łzawą opowiastką.



6. Wielkie piękno (2013) reż. Paolo Sorrentino

Obok Interstellar moja druga miłość. Jak dla mnie jest to wspaniała opowieść o współczesności, o sacrum i profanum. Jest w nim pewne dobijające poczucie nihilizmu i lekkiej rezygnacji świetnie grające z nieopisanym zachwytem nad rzeczywistością. Nikt tak trafnie nie potrafił w jednej wypowiedzi zawrzeć tego co siedzi we mnie nazbyt często:

"Zamiast patrzeć z wyższością i pogardzać nami powinnaś spojrzeć na nas z czułością. Wszyscy jesteśmy na skraju rozpaczy. Jedyne co możemy zrobić to spojrzeć sobie w oczy, dotrzymac sobie towarzystwa i trochę pożartować.."

Ode mnie Oscar wystarczyłby za ten cytat. W filmie jest jednak co doceniać.
Poza tym magia Rzymu...



7. Jak ojciec i syn (2013) reż. Hirokazu Koreeda

Zawsze mam pewne obawy przed zgłębianiem się z azjatyckie kino. Zbyt obca dla mnie kultura sprawia, że boję się niezrozumienia. Ten film odpowiada na pytanie, które na całym świecie oznacza to samo: Kim jest "rodzic"? Trudna opowieść o rodzicielstwie, o byciu matką, ojcem, również o byciu dzieckiem i człowiekiem. Nieśmiertelne dylematy etyczne przedstawione w wyjątkowo ładnej formie.



8. Frances Ha (2012) reż. Noah Baumbach

Jestem prawie pewna, że dla pewnej grupy osób ten film może być nudny jak flaki z olejem. Zdobył moje serce, bo trafił w odpowiedni moment. Niektóre filmy potrzebują dobrego dnia, lub sytuacji życiowych, które towarzyszą widzowi.
Ja pokochałam tytułową Frances, kibicowałam jej i czułam, że jest mi bliska. Niereformowalna Frances znajduje się w wyjątkowym (a może własnie wcale?) momencie życia - na skraju młodzieńczości i dorosłości. Środowisko wokół niej zaczyna ewoluować, a ona zdaje się być zaskoczona i absolutnie bez pomysłu. A na dokładkę trudy przyjaźni, samotność i tęsknota.




Tak jak pisałam na początku, nie daję sobie samej przyzwolenia do opiniotwórczych wywodów i mam nadzieję, że tak nie brzmię. Dzielę się tym co na mnie wpływa, być może ktoś się zainspiruje. Zapraszam przy okazji TU, na filmweb bo bardzo lubię czytać i dzielić się komentarzami. Czekam na Wasze tytuły, podsyłajcie!

środa, 29 października 2014

ASMR, skrajnie dziwaczna przyjemność

Jedno z moich ulubionych zdjęć, autorstwa Jacka Bradleya - chłopiec, który usłyszał dźwięk po raz pierwszy w życiu.


Myślę, że moja zajawka ASMR zaczęła się już jakiś rok temu. Zupełnie nie pamiętam, skąd się to u mnie wzięło i gdzie to znalazłam lecz z pewnością przesłuchanie jednego filmiku ASMR przywołało niemalże narkotyczny głód kolejnego. Na samym początku kojarzyłam jedynie nazwę "3d sounds". Wiadomo - jak coś jest 3d, to znaczy że jest super, jest "trochę bardziej" i emocje są większe. Co to są w takim razie te dźwięki 3d i jak właściwie sprawić, że dźwięk da nam wrażenie "trójwymiarowości"? Nie jestem dźwiękowcem ani muzykiem więc szukając wyjaśnień mogła bym obawiać się sporej dawki fizyki, ale całe szczęście dla mojego małego rozumku poniższy film rozwiązał problem:


No i się zaczęło.. Od jednego filmiku do drugiego. Gdzieś tam po drodze zdążyłam zauważyć, że przy większości filmów tego typu widnieje skrót ASMR (Autonomous Sensory Meridian Response) i tym skrótem do dziś posługuję się, poszukując wrażeń w youtube.

Czym zatem jest ten cały ASMR?
Z tego co udało mi się zrozumieć i dowiedzieć, skrót ma opisywać fizyczne wrażenie, które potęgowane jest poprzez szept, specyficzne dźwięki, stukanie, powolne mówienie, czasem ruchy dłoni czy nawet mlaskanie! Wrażenie nie do końca opisane, lecz zazwyczaj przejawiające się jako delikatne dreszcze głowy, czaszki, karku, gęsią skórkę czy tez mrowienie ( i  mimo że podobne to jednak u każdego inne). Temat jest różnorodny, myślę że jeszcze nie do końca odkryty, a społeczność wokół niego specyficzna. Co w takim razie porabia w wolnej chwili miłośnik ASMR? Ano głównie "siedzi na youtube" i ogląda na prawdę dziwaczne rzeczy. Począwszy od odgrywania scenek (najcześciej fryzjerskich, kosmetycznych, SPA - ale gdy się już zbłądzi, można trafić nawet na filmiki futurystyczne, bądź spotkać Marię Antoninę), poprzez stukanie w bardzo różne przedmioty (45 minut gniecenia paczki chińskiej zupki - czyż to nie brzmi jak wariactwo?) aż po czyszczenie uszu, czytanie książek i czego się tylko zapragnie. Krótko mówiąc - znajdziesz coś dla siebie.

Chodzi pogłoska, że filmiki mają coś wspólnego z erotyką, a ASMR nazywany jest czasami "orgazmem głowy". Dziewczyny (bo jest ich znaczna większość wśród tego typu vlogerów) mówią ponętnym głosem, patrzą się głęboko w nasze oczyy.. lub obiektyw, sprawiają wrażenie osób które chcą o nas zadbać. Nie wiem co na ten temat myślicie, dla mnie jest to ciut naciągana opinia - a przynajmniej sama nie odnajduję w tych filmach zaspakajania tego typu potrzeb.
Według mnie filmiki spełniają rolę rozluźniających, relaksujących i usypiających. Z tego co mi wiadomo, nie jedną osobę ratują od bezsenności. To również jest według mnie pewną iluzją, ponieważ sama przekonana byłam, że ASMR pomaga mi zasnąć a okazało się, iż bez niego nadal mam problem - więc poniekąd czuję się nie uleczona, lecz po prostu uzależniona (ale to miłe uzależnienie ;).

Poniżej podsyłam Wam kilka ciekawych filmów, lub takich które lubię i do których wracam. Oczywiście warunkiem korzystania z filmów ASMR są słuchawki - a im lepsze, tym lepszy jest efekt. Życzę więc dużo korzyści z oglądania, a jeśli wyda się Wam to skrajnie głupie - to chociaż dobrej beczki z ludzi takich jak ja, którzy wpatrują się w te dziwactwa i odczuwają rzeczy całkiem sympatyczne.















i z polskich autorów (których wciąż zbyt mało):