środa, 23 lipca 2014

Mało kto za jesienią tęskni..

..a ja tęsknię.
I co roku każdego lata zdarzy się taki dzień, gdy zmęczenie wszystkie moje myśli sprowadza do jesieni.

Wiesz co w niej lubię? To uczucie przemijania i powtarzalności. Co roku dzięki niej przypominam sobie, że świat trzyma mnie za rękę. Jesień opiekuje się mną, porządkuje mnie.

Dzisiejsza popołudniowa drzemka przyprowadziła kojące wspomnienie. Śniąc przypomniałam sobie swoje poczucie czasu z okresu pierwszych lat szkoły podstawowej. Wiele bym oddała by móc teraz oddać się temu. Dzień, miesiąc,wakacje - wszystko trwało trochę dłużej, a z tyłu głowy nie pojawiało się niebezpieczeństwo niedotrzymanych terminów, zobowiązań, spraw z którymi chce się zdążyć na czas. Jakieś to życie było bardziej poukładane, nie trzeba było się martwić.
Rano nie zrywał ze snu makabryczny budzik. Plan zajęć dyktował każdy dzień. Ktoś zawsze czuwał by zadania odrobione były na czas, a moim zadaniem było tylko ich wykonanie. Na wszystko starczało czasu - na kolegów, koleżanki, zajęcia pozalekcyjne, pisanie grubych pamiętników, zabawy z bratem i rodzicami, a do tego wszystkiego można było się jeszcze nieźle wynudzić.
To nic odkrywczego, każdy przecież tęskni za beztroskim dzieciństwem.



Dlatego cieszę się, że mam chociaż tą jesień. Jesień, która co roku otacza mnie swoim niewidzialnym ramieniem i sprawia, że kolejny rok nabiera kształtu, dopełnia się. Wiem dzięki niej, że mój świat nie funkcjonuje w kompletnym chaosie, jest w nim jakaś powtarzalność, punkt odniesienia. I właściwie mogła by to być każda inna pora roku, ale chyba tylko jesień ze swoim głębokim przemijaniem i melancholią daje mi tyle ciepła. Być może to przemijanie jest smutne skoro tak wiele osób na jesień wpada w chandrę.. Dla mnie jednak jesień jest bezpieczna, spokojna i opiekuńcza.
Dzisiaj przytłoczona upałem, obowiązkami, brakiem wakacji a nawet ich planów zabójczo tęsknię za moją ulubioną porą roku. Całe szczęście już niebawem otuli mnie swoim ciepłym kocem i wręczy herbatkę.


wtorek, 15 lipca 2014

Sztuka życia - SLOT ART Festival 2014



Wiecie jak bardzo było mi żal, gdy rok temu dowiedziałam się o istnieniu czegoś takiego jak SLOT ART festival po raz pierwszy? Uwierzcie - bardzo, tym bardziej że tamtych wakacji było już "pozamiatane".
Jak mogłam być taką fajtłapą i nie wyłapać jakichkolwiek informacji, kiedy moi znajomi wracali ze SLOTu po raz kolejny od kilku lat. Być może w moim wcześniejszym środowisku nie było to wydarzenie popularne ani promowane? Co za szkoda..
Zakochałam się w SLOcie od pierwszej chwili, gdy do moich rąk trafił informator z edycji 2013. Niezliczona ilość warsztatów, wykładów, koncerty - wszystko na terenie wielkiego pocysterskiego klasztoru w Lubiążu - wizja takiego combo wspaniałości mocno zadziałała na moją wyobraźnię. No i wiadomo było, że się wybiorę. Co więcej, dziś po powrocie wiem, że nie był to mój ostatni raz.





Cały ten entuzjazm nie był jednak ślepy - jechałam na festiwal po części również z ciekawości. Od początku wiedziałam, że część wykładów zahacza o tematykę religijną, a jednym z założeń SLOTu (poza twórczością, wolnością, miłością, spotkaniem i rozwojem) jest Bóg. Posiadam już w miarę ukształtowany światopogląd, w którym miejsce Boga  nie jest istotne, więc rodziła się we mnie też pewna obawa że być może poczuję się namawiana do czegoś, na co nie mam ochoty. O tym jak to się skończyło wspomnę na koniec.



W telegraficznym skrócie - bo o tych paru dniach na SLOcie można by opowiadać i opowiadać. Rodziny z dzieciurami, młodzież gimbazjalna i licealna, psiury, pancury, dredziarze, pasjonaci, brodacze, łysole. Dosłownie przekrój społeczeństwa, którego wspólnym mianownikiem była chęć tworzenia, rozwoju, zdobywania wiedzy o sobie i o życiu, odpoczynku od codzienności. Chodziłam na szczudłach, uczyłam się języka czeskiego, słuchałam o relacjach w związku i tworzeniu własnych mitów, piłam baaardzo smaczne kawki, tańcowałam na klubowej, słuchałam poezji, zapoznawałam się z twórczością innych, uczestniczyłam w licznych koncertach, odpoczywałam leżąc na trawie. Tak bardzo potrzebowałam takiego odświeżenia, zaczerpnięcia pełnego oddechu dalekiego od krakowskiego imprezowego towarzystwa wzajemnej adoracji.
Być może będzie to niepoważna konkluzja, ale większą radość niż wszystkie atrakcje zapewnione przez organizatorów dały mi dwie rzeczy: fakt, że na terenie festiwalu zakazane było spożywanie alkoholu oraz to, że nie natykałam się na każdym kroku na odlaszczonych kolegów i koleżanki w najnowszych najeczkach, koszulkach MISBHV których największym osiągnięciem jest ilość zaliczonych melanży. Co za ulga!



Wróciłam trochę smutna (bo koniec), ale ze świeżą głową. Gdybym miała powiedzieć co zrobiło na mnie największe wrażenie, był by to z pewnością koncert i wypowiedź O.S.T.R.ego na temat polityki w naszym kraju. Po około 10 latach słuchania, w końcu udało mi się pojawić na jego występie i ze zdumieniem muszę przyznać, że razem z O.S.T.R.ym dojrzewamy do pewnych kwestii w podobnym tempie, dochodząc do podobnych wniosków.



Bałam się nieco patetycznej i wzniosłej atmosfery. Nie wiem czy nie zabrzmi to głupio - ale nie jestem fanką przesady w tym względzie. Wiem, że częścią SLOTu jest sielankowa atmosfera wzajemnej pomocy, przyjaźni, uśmiechu - jak dla mnie ciut przesadzona, ale przysięgam że tylko ciut - bo nie czuć w tym zbyt dużej sztuczności. Natomiast co do religii, nie czułam się napastowana. Nikt w trakcie całego festiwalu nie powiedział mi, że wiara w Boga jest jedyną słuszną opcją. Na mojej drodze nie stanął ani jeden ksiądz katolicki, czego nie traktuję ani jako plus, ani minus - bo lubię mądrych księży.
Być może gdybym była nadwrażliwa, mogłabym sobie narzekać na występy nawiedzonego kaznodziei Davida Pierce który wytwarzał wokół siebie podniosły klimat naciąganego nawrócenia i obecności Jezusa. Również występy zespołu No Longer Music były dla mnie czymś raczej żenującym i absurdalnym (muzycznie bardzo słaby, opierający się według mnie na skandalu performance o wierze w Jezusa) , lecz to wszystko nadal zostaje stłamszone przez ogromną ilość plusów całego festiwalu - przynajmniej następnym razem wiem, czego unikać ;)

Mam nadzieję, że mój wpis zachęci do SLOT-u osoby, które tak jak ja wcześniej nic o nim nie słyszały. Za rok bierzcie ziomeczków, dzieciarnię, psy i koty - do zobaczenia! Być może spotkamy się na szczudłach wysoko nad ziemią, lub tym razem Wy będziecie prowadzić jakieś ciekawe zajęcia?



Gdyby ktoś chciał zasięgnąć większej ilości informacji na temat warsztatów, wykładów i spotkań odsyłam na http://slot.art.pl/pl/


facebook

niedziela, 29 czerwca 2014

Kubrick czyli pracowitość



Uwielbiam kino a oglądanie filmów jest jedną z moich ulubionych czynności, naprawdę! Muszę jednak przyznać, że jeszcze parę miesięcy temu uboższa byłam o trzy klasyki kinematografii (z całego bezmiaru klasyków, z którymi jeszcze się nie zetknęłam), a nazwisko Kubrick znałam jedynie ze słyszenia. Jakiś czas temu mój chłopak ze zdziwieniem dokonał odkrycia, że nie oglądałam nigdy "Mechanicznej pomarańczy" i natychmiast postanowił wyedukować mnie w tej kwestii, za co jestem mu dozgonnie wdzięczna! Prawdopodobnie nie do końca zrozumiałam ten film i pod koniec moje uczucia były mocno mieszane (choć z perspektywy czasu doceniam go coraz bardziej), ale scenografia i muzyka od razu zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Chwilę później okazało się, że w Krakowskim Muzeum Narodowym otwarta została głośna wystawa dotycząca twórczości Kubricka i za punkt honoru postawiłam sobie (przed odwiedzeniem muzeum) znaleźć czas na oglądnięcie słynnej Odysei Kosmicznej oraz (mimo, że nie lubię horrorów) Lśnienia. Trzy filmy to prawdopodobnie o wiele za mało, ale wystarczyło by czerpać przyjemność z wystawy.
Nie zamierzam nikomu spoilerować więc oszczędzę szczegółowego opisu tego co zobaczyłam. Było warto - to z pewnością. Opuściłam to miejsce pełna przemyśleń i to nimi chciałabym się podzielić.
Po pierwsze wyznaję swoje grzechy i obiecuję poprawę. Po wyjściu z muzeum naszła mnie przygnębiająca myśl (bardzo z resztą oczywista, nie było to odkrycie Ameryki - jedynie zaczęła doskwierać troszkę mocniej) dotycząca marnotrawienia czasu i przestrzeni w głowie na gówniane treści. Obiecałam sobie zatem, że przyłożę się bardziej do przerywania głupich czynności, jeśli zorientuję się że jestem w trakcie ich wykonywania - żegnaj "Na wspólnej" oglądane do kolacji, żegnajcie głupkowate kompilacje z youtube, żegnaj sadisticu! Zbyt cenna jest powierzchnia fałd mojej kory mózgowej.
Po drugie - nie będzie mi żal, jeśli w zaoszczędzonym czasie oglądnę pozostałe filmy Kubricka. Wystawa miała to do siebie, że nawet osoba nie znająca ani jednego filmu wyszła by z niej prawdopodobnie usatysfakcjonowana i zainspirowana. Jest więc kilka pozycji, których w przeciągu najbliższych miesięcy sobie nie odpuszczę!



No i kolejna rzecz - Pan STANLEY KUBRICK! Geniusz, artysta w czystej postaci. Jego osobowość zaparła mi dech w piersiach. Wszystkiego dowiecie się na miejscu, nie mogę jednak nie wspomnieć o tym, co mój zachwyt wzmaga najbardziej i na co polecam zwrócić uwagę: PRACOWITOŚĆ. W dzisiejszych czasach, gdy dewizą ogromnej liczby osób zdaje się być hasło "Jak tu robić by zarobić i się nie narobić?!" systematyczność i ogrom pracy jaką Kubrick wkładał w wykonanie każdego swojego dzieła dosłownie powala z nóg. Na prawdę nie potrafię opisać podziwu który czułam czytając jego korespondencję i analizując schematy w których co do sekundy zapisywał czas trwania i opis poszczególnych scen w planowanym filmie. Od dziś szafa wypełniona książkami o Napoleonie staje się dla mnie prawdziwym symbolem tego, że jeśli coś się robi - należy włożyć w to maksimum (obiecałam sobie, że zdjęcie tej szafy pojawi się na mojej tapecie w telefonie, gdy zacznę pisać pracę magisterską). Film co prawda nie został zrealizowany, ale sam fakt zgromadzenia takiej ilości materiału przed przystąpieniem do działania jest dla mnie imponujące do granic możliwości. 


Prawdziwy geniusz Kubricka można by argumentować na wiele sposobów. Poza pracowitością, zrobiła na mnie wrażenie jeszcze pewna niespodzianka. Z wielkim zdziwieniem odkryłam, że film "A.I. Sztuczna Inteligencja", który uwielbiam - mimo iż wyreżyserowany przez Stevena Spielberga, był pomysłem Kubricka i to przez niego został dokładnie rozplanowany. Kubrick "oddał" ten film Spielbergowi, ponieważ (z tego co zrozumiałam), lepiej nadawał się do nakręcenia tego filmu - miał lepiej opanowane techniki konieczne do realizacji tej produkcji. Wszystko co nagrał Spielberg było dokładnie odwzorowane na postawie planu przygotowanego przez Kubricka. Jak wielkim artystą trzeba być, by do tego stopnia skupić się na dziele i powodzeniu dzieła, a nie na sobie jako twórcy?

Z czystym sumieniem odsyłam każdego na tą wystawę - całe szczęście trwa ona jeszcze do września. Na zwiedzanie polecam godzinę otwarcia muzeum - zupełnie nieświadomie wybraliśmy się z tatą i bratem o 10.00 (wyprawa na wystawę była prezentem z okazji urodzin taty). Już o 11.00 ilość zwiedzających znacznie wzrosła, a delektowanie się tym wszystkim w zupełnie pustych salach było jednak ciut przyjemniejsze. Radzę również odwiedzić muzeum w dniu jakiejś porządniejszej dyspozycji czasowej, przysięgam że można by tam spędzić dobrych parę godzin.
Była to moja druga z kolei wyprawa do MN na takie multimedialne wydarzenie (poprzednio równie zachwycona opuściłam ten budynek po wystawie twórczości Antonisza) i na pewno nie ostatnia! Polecam serdecznie.




środa, 18 czerwca 2014

przeciążone głowy



Zastanawiam się ostatnimi czasy, ile razy w ciągu minionych tygodni byłam stuprocentowo skupiona na tym co robię? To pytanie nie wzięło się znikąd. Kilkukrotnie złapałam się na tym, że wykonuję w jednym momencie kilka czynności a w związku z tym właściwie żadnej nie wykonuję z pełnym zaangażowaniem.
Chwila refleksji naszła mnie kiedyś, gdy przy włączonych w telewizji wiadomościach wykonywałam na komputerze swoją pracę i jadłam kolację - wszystko na raz. Niby nic wielkiego, bo prawdopodobnie większość spośród moich znajomych funkcjonuje w ten sposób, ale.. W gruncie rzeczy robiąc to wszystko nie robiłam chyba nic tak jak trzeba: z wiadomości coś tam raz na czas przykuło moją uwagę, kolację pochłonęłam nawet nie wiadomo kiedy i cholera wie jak smakowała, a w związku z tym praca na pewno zajęła mi więcej czasu niż powinna. No i tak sobie myślę - czemu służyć ma ta współczesna wielozadaniowość?



Powiedzmy sobie szczerze, sytuacja którą opisałam nie jest przecież niczym niezwykłym. Pracujemy i studiujemy, bo ani jedno ani drugie solo nie jest wystarczające. Na półkach obok łóżka mamy przynajmniej kilka rozpoczętych książek w trakcie których czytania właśnie jesteśmy. W przeglądarce pootwieranych pierdyliard zakładek, bo jak będzie czas to trzeba zaglądnąć. Jedyną możliwością oglądnięcia filmu w całości (bez przerwy na herbatę, siku, fejsika, telefon) jest wycieczka do kina. Nie wiem czy potrafię zliczyć ilość moich interakcji z przestrzenią internetową podczas nauki.. Nie mówię już nawet o sytuacjach podręcznikowych w których podczas spotkań towarzyskich jesteśmy właściwie w kilku miejscach na raz: tam gdzie jesteśmy fizycznie, na czacie z kolegą i w sms'ach ze znajomymi z innego miasta.

No i prawdę powiedziawszy trochę mnie to boli, trochę przeraża. Człowiek się rozwinął, człowiek żyje szybko i podobno przetwarza w ciągu jednego dnia tysiąc razy więcej informacji niż jego starożytny pradziad Sokrates. Z jednej strony cieszy mnie to niezmiernie, bo jestem raczej z tych którzy wolą wiedzieć niż nie wiedzieć - nawet, jeśli wiedza nie jest wygodna. Siedząc w domu odkrywam tajemnice, o których mędrcom się nie śniło, z zainteresowaniem obserwuję na Instagramie co jakiś tam hindus zjadł dzisiaj na kolację, jednocześnie martwię się tym jak wiele z tego co mogłabym się dowiedzieć i co mogła bym przeżyć umyka mi pośród kompilacji z głupimi filmikami.

Pozostawię bez puenty, przepraszam. Można by się w sumie powołać na mądre psychologiczne porady, ale mają one to do siebie że pozostają tylko mądrymi psychologicznymi poradami. Jak wypośrodkować potrzebę dostosowania się do tych szybkich czasów, które narzucają ten tryb "jak najwięcej, jak najszybciej" (kosztem jakości) z chęcią przeżywania wszystkiego w teraźniejszości i powolnego smakowania?
Mam jedną odpowiedź: JAKOŚ TRZEBA.


środa, 11 czerwca 2014

Dokąd tak biegniesz - poradnik, jak udusić dziecko.

Tym co porusza polskich obywateli najdotkliwiej są bezsprzecznie martwe i zaniedbane dzieci. I wcale nie twierdzę, że to nieprawidłowe – dziwnym z tej perspektywy zdaje się być wyłącznie niski przyrost naturalny. Skoro tak kochamy dzieci, to czemu do cholery ich nie robimy?!  Ale to myśl na inną dyskusję.
Wracając do tematu, śmierć małej bezbronnej istoty dogłębnie porusza naszą wrażliwość. Co za tym idzie, wszystkie inne ważne tematy spychamy na bok a media i nasze prywatne rozmowy zazwyczaj sprowadzają się do pytań: czy można było tego uniknąć? kto zawinił? Jeszcze nie tak dawno anty-bohaterem narodowym była „Matka małej Madzi”. Tym razem społeczeństwo wini „Ojca dziewczynki z samochodu” i właściwie trudno się dziwić takiemu poglądowi. „Jak można zostawić dziecko w samochodzie?” „Jak strasznym rodzicem trzeba być?” „Niech tacy ludzie lepiej nie posiadają dzieci.” „Udusić rodziców!”  Faktycznie, to co się stało jest okropne i rozumiem cierpienie każdego kogo porusza ten temat. Jednak czy na pewno winnym jest ojciec?

Wyobraźmy sobie teraz naszą polską rodzinkę 2+1. Nie ma lekko, bo na dziecko trzeba mieć pieniądze, bo dziecku należy zapłacić za przedszkole, gdzieś tam jeszcze kredyt na mieszkanie, drogie paliwo no i fajnie było by z dzieciakiem pojechać na wakacje. Niby sielanka, bo mamy rodzinę, mamy siebie, mamy to dziecko, ale zapier*lać trzeba! Codziennie rano wstajesz, Twoja kobieta idzie do pracy, Ty zawozisz dziecko do przedszkola, na 8h wchodzisz w zupełnie inny świat, zarabiasz na to co masz, wychodzisz, dziecko odebrała Twoja kobieta, spędzacie razem parę godzin przed snem i usypiasz przed telewizorem (zapomniałam jeszcze o zakupach, praniu, sprzątnięciu i ugotowaniu obiadu, ale gdzieś by się wcisnęło). Wtorek wygląda podobnie, później środa, czwartek, piątek i kolejny tydzień a później kolejny miesiąc . Doceniasz to co masz, wiesz że ciężko na to pracujesz ale w pięknym uśmiechu swojej kobiety i swojego dziecka widzisz odbicie tej ciężkiej pracy.
Wstajesz rano, jecie razem śniadanie, w drodze do pracy odwozisz dziecko, BOŻE CO ZA UPAŁ! spędzasz w pracy kolejne 8h (akurat dzisiaj się uparli, każdy coś od Ciebie chce), zjeżdżasz windą po pracy (jeszcze tylko te korki i zaraz będę w domu) otwierasz samochód..
Znacie to uczucie „o nie, zapomniałem!”, kiedy mieliście zrobić coś naprawdę ważnego? Nie wyłączyłeś żelazka (czy moje mieszkanie jeszcze stoi?), zostawiłem portfel na samochodzie (k*wa, tyle gotówki, wszystkie dokumenty!) itp. Nie potrafię przywołać konkretnej sytuacji, ale wiem jak nagle jest pusto i głupio – bo właściwie to niby dlaczego zapomniałam, przecież nawet nie robiłam nic ważnego, po prostu się zamyśliłam - byłam pewna że to zrobiłam. I nic nie jesteś w stanie poradzić, bo przecież zawiodła Cię pamięć, a nie inny człowiek. Pamięci nie obciążę winą za śmierć dziecka.
Starasz się je reanimować, w głowie masz zupełną pustkę, totalny żal, smutek, bezradność. Nic już nie jesteś w stanie zrobić.
Współczuję ojcu, jest mi go żal i nie potrafię wyrazić swojego smutku. Z moich ust nie usłyszysz, że nie powinien być ojcem – być może właśnie on starał się być najlepszym ojcem na świecie? Być może to on dzień w dzień urabiał się po pachy by zapewnić swojemu dziecku wszystko co najlepsze?

Jak większość Polaków bardzo przeżywam tą sprawę i wiele wniosków przychodzi mi do głowy. Pomijając  jak najbardziej słuszną kwestię edukacji ludzi w sprawie świadomego pozostawiania dzieci i zwierząt w samochodach, poza tym najbardziej uderza mnie pośpiech.

Żyjemy w strasznych czasach, wciąż musimy się spieszyć, a nasze mózgi przyzwyczajają się do schematów, za pięćsetnym razem wykonujemy pewne czynności mechanicznie. Nie wiem czy warto i czy sama chcę tak żyć..