Ten wpis miał się tu pojawić już dawno, ale zawsze zastanawiałam się jak go ugryźć by nie wyjść na przemądrzalca. W całym środowisku i licznych recenzjach filmowych zawsze przeraża mnie bezdyskusyjny i stanowczy ton wypowiedzi. Nie chcę przez to powiedzieć, że nie ma rozróżnienia na chłam i arcydzieła bo być może jest, ale ja traktuję kino zupełnie inaczej i staram się dawać innym takie przyzwolenie. Dla mnie oglądanie filmów jest zawsze bardzo nastrojowe, osobiste, może nawet intymne. Każdy z nas przeżył w swoim życiu coś innego, więc inne rzeczy nas poruszają - banał, lecz w tej kategorii często nierozumiany.
Poniżej lista kilku filmów, które miałam okazję oglądnąć niedawno, które mnie poruszyły i którymi chcę się podzielić. Proszę nie traktować tych krótkich opinii jako ostatecznych czy jakkolwiek profesjonalnych - to raczej emocjonalny galimatias (kolejność bez znaczenia).
1. Locke (2013) reż. Steven Knight
Uwielbiam teatralne kino. Powaliła mnie prostota: jeden aktor i nieustannie ta sama przestrzeń. Autorzy filmu zręcznie zbudowali dynamiczną akcję przy tak ograniczonych środkach. Dla mnie jest to opowieść o człowieku (w ogólnym tego słowa znaczeniu), który popełnia błędy, oraz o trudnej odpowiedzialności. Odpowiedzialności będącej dziś prawie przeżytkiem.
Tak bliski stał się dla mnie bohater - osoba której świat sypie się, ponieważ kiedyś dopuścił się głupiego błędu. Prawie każdy z nas zrobił kiedyś coś czym zniszczył wszystko to co było dla niego ważne. Nie oceniam Ivana, ale przysięgam że byłam z nim przez całą podróż i głęboko ją przeżywałam. Brawa dla Toma Hardego!
2. Bogowie (2014) reż. Łukasz Palkowski
Przede wszystkim, niezbyt odkrywczo jest to dla mnie fantastyczna kreacja stworzona przez Tomasza Kota. Załamana polską kinematografią ostatnich dekad wyszłam z kina pełna optymizmu. Róbmy takie filmy! Zabawne, poruszające i prawdziwe. Wcale nie przeszkadzała mi szarość i bieda które w innym wydaniu mogła bym uznać za przegadane do znudzenia. W tym filmie tak po prostu jest i w końcu twórcy potrafili zrobić z tego zaletę.
Dodatkowo piękna historia o zmierzaniu do celu. Dziś tak łatwo się zniechęcamy, a przecież to właśnie wtedy było pod górkę.
3. Moon (2009) reż. Duncan Jones
Kiedyś myślałam, że nie lubię filmów science-fiction. Dziś wiem, że to jeden z moich ulubionych gatunków, między innymi dzięki filmom takim jak ten. Nie chcę zupełnie nic zdradzać, fabuła jest zaskakująca. Można by powiedzieć, że porusza przegadane już problemy społeczne. Jest przy tym jednak tak poruszający i przemyślany, że nie potrafię mieć zastrzeżeń! I przy okazji to jest film o kosmosie, a filmów o kosmosie nie potrafię trzeźwo traktować, ponieważ mam na ich punkcie absolutnego hopla. Zachęcam bo warto!
4. Interstellar (2014) reż. Christopher Nolan
Skoro już jestem przy kosmosie, to musi się tu znaleźć moja największa miłość ostatnich tygodni. Idąc do kina na Interstellar nie spodziewałam się niczego, bo był to spontaniczny wypad z przyjaciółmi, nie zdążyłam zapoznać się nawet z trailerem.
Z seansu wyszłam na ugiętych kolanach i z absolutnym poczuciem najlepiej wykorzystanego czasu. Nie będę kłócić się z licznymi negatywnymi recenzjami, do których dotarłam później. Nawet wśród moich znajomych opinie są skrajnie podzielone. Dla mnie było to przeżycie głównie pobudzające wyobraźnię i swoje zadanie spełniło w dwustu procentach. Jeśli ktoś oczekiwał wzorowo oddanych teorii naukowych to istnieje możliwość, że wyszedł zawiedziony. Jako studentka filozofii, a głównie słuchaczka licznych zajęć z wiedzy o wszechświecie nie oczekuję odwzorowania rzeczy których odwzorować się nie da, szczególnie po filmie science-fiction. Najważniejsza jest dla mnie niezliczoność możliwości i prawdziwa uczta dla umysłu. Daję 10 na 10 i odsyłam przed duży ekran. Chętnie w moim towarzystwie bo nie wyobrażam sobie nie iść jeszcze raz na ten film.
5. Gwiazd naszych wina (2014) reż. Josh Boone
Zdecydowanie film nie dla każdego, bo chyba głównie dla nastolatków. Wiem, że część osób ma alergię na tego typu łzawe historie. Mnie wzruszył i rozczulił, a przede wszystkim podchodzi pod kategorię "ciepłych" filmów, które czasami po prostu mam potrzebę zobaczyć. Myślę, że w obliczu choroby wszystko się zmienia i świat ma prawo funkcjonować w takich banalnych kategoriach. Daję na to przyzwolenie i wcale mnie to nie razi. Mam wrażenie, że te banalne kategorie od których nie raz uciekamy, są czymś wartościowym a nie wyłącznie łzawą opowiastką.
6. Wielkie piękno (2013) reż. Paolo Sorrentino
Obok Interstellar moja druga miłość. Jak dla mnie jest to wspaniała opowieść o współczesności, o sacrum i profanum. Jest w nim pewne dobijające poczucie nihilizmu i lekkiej rezygnacji świetnie grające z nieopisanym zachwytem nad rzeczywistością. Nikt tak trafnie nie potrafił w jednej wypowiedzi zawrzeć tego co siedzi we mnie nazbyt często:
"Zamiast patrzeć z wyższością i pogardzać nami powinnaś spojrzeć na nas z czułością. Wszyscy jesteśmy na skraju rozpaczy. Jedyne co możemy zrobić to spojrzeć sobie w oczy, dotrzymac sobie towarzystwa i trochę pożartować.."
Ode mnie Oscar wystarczyłby za ten cytat. W filmie jest jednak co doceniać.
Poza tym magia Rzymu...
7. Jak ojciec i syn (2013) reż. Hirokazu Koreeda
Zawsze mam pewne obawy przed zgłębianiem się z azjatyckie kino. Zbyt obca dla mnie kultura sprawia, że boję się niezrozumienia. Ten film odpowiada na pytanie, które na całym świecie oznacza to samo: Kim jest "rodzic"? Trudna opowieść o rodzicielstwie, o byciu matką, ojcem, również o byciu dzieckiem i człowiekiem. Nieśmiertelne dylematy etyczne przedstawione w wyjątkowo ładnej formie.
8. Frances Ha (2012) reż. Noah Baumbach
Jestem prawie pewna, że dla pewnej grupy osób ten film może być nudny jak flaki z olejem. Zdobył moje serce, bo trafił w odpowiedni moment. Niektóre filmy potrzebują dobrego dnia, lub sytuacji życiowych, które towarzyszą widzowi.
Ja pokochałam tytułową Frances, kibicowałam jej i czułam, że jest mi bliska. Niereformowalna Frances znajduje się w wyjątkowym (a może własnie wcale?) momencie życia - na skraju młodzieńczości i dorosłości. Środowisko wokół niej zaczyna ewoluować, a ona zdaje się być zaskoczona i absolutnie bez pomysłu. A na dokładkę trudy przyjaźni, samotność i tęsknota.
Tak jak pisałam na początku, nie daję sobie samej przyzwolenia do opiniotwórczych wywodów i mam nadzieję, że tak nie brzmię. Dzielę się tym co na mnie wpływa, być może ktoś się zainspiruje. Zapraszam przy okazji TU, na filmweb bo bardzo lubię czytać i dzielić się komentarzami. Czekam na Wasze tytuły, podsyłajcie!
niedziela, 23 listopada 2014
środa, 29 października 2014
ASMR, skrajnie dziwaczna przyjemność
Jedno z moich ulubionych zdjęć, autorstwa Jacka Bradleya - chłopiec, który usłyszał dźwięk po raz pierwszy w życiu.
Myślę, że moja zajawka ASMR zaczęła się już jakiś rok temu. Zupełnie nie pamiętam, skąd się to u mnie wzięło i gdzie to znalazłam lecz z pewnością przesłuchanie jednego filmiku ASMR przywołało niemalże narkotyczny głód kolejnego. Na samym początku kojarzyłam jedynie nazwę "3d sounds". Wiadomo - jak coś jest 3d, to znaczy że jest super, jest "trochę bardziej" i emocje są większe. Co to są w takim razie te dźwięki 3d i jak właściwie sprawić, że dźwięk da nam wrażenie "trójwymiarowości"? Nie jestem dźwiękowcem ani muzykiem więc szukając wyjaśnień mogła bym obawiać się sporej dawki fizyki, ale całe szczęście dla mojego małego rozumku poniższy film rozwiązał problem:
Czym zatem jest ten cały ASMR?
Z tego co udało mi się zrozumieć i dowiedzieć, skrót ma opisywać fizyczne wrażenie, które potęgowane jest poprzez szept, specyficzne dźwięki, stukanie, powolne mówienie, czasem ruchy dłoni czy nawet mlaskanie! Wrażenie nie do końca opisane, lecz zazwyczaj przejawiające się jako delikatne dreszcze głowy, czaszki, karku, gęsią skórkę czy tez mrowienie ( i mimo że podobne to jednak u każdego inne). Temat jest różnorodny, myślę że jeszcze nie do końca odkryty, a społeczność wokół niego specyficzna. Co w takim razie porabia w wolnej chwili miłośnik ASMR? Ano głównie "siedzi na youtube" i ogląda na prawdę dziwaczne rzeczy. Począwszy od odgrywania scenek (najcześciej fryzjerskich, kosmetycznych, SPA - ale gdy się już zbłądzi, można trafić nawet na filmiki futurystyczne, bądź spotkać Marię Antoninę), poprzez stukanie w bardzo różne przedmioty (45 minut gniecenia paczki chińskiej zupki - czyż to nie brzmi jak wariactwo?) aż po czyszczenie uszu, czytanie książek i czego się tylko zapragnie. Krótko mówiąc - znajdziesz coś dla siebie.
Chodzi pogłoska, że filmiki mają coś wspólnego z erotyką, a ASMR nazywany jest czasami "orgazmem głowy". Dziewczyny (bo jest ich znaczna większość wśród tego typu vlogerów) mówią ponętnym głosem, patrzą się głęboko w nasze oczyy.. lub obiektyw, sprawiają wrażenie osób które chcą o nas zadbać. Nie wiem co na ten temat myślicie, dla mnie jest to ciut naciągana opinia - a przynajmniej sama nie odnajduję w tych filmach zaspakajania tego typu potrzeb.
Według mnie filmiki spełniają rolę rozluźniających, relaksujących i usypiających. Z tego co mi wiadomo, nie jedną osobę ratują od bezsenności. To również jest według mnie pewną iluzją, ponieważ sama przekonana byłam, że ASMR pomaga mi zasnąć a okazało się, iż bez niego nadal mam problem - więc poniekąd czuję się nie uleczona, lecz po prostu uzależniona (ale to miłe uzależnienie ;).
Poniżej podsyłam Wam kilka ciekawych filmów, lub takich które lubię i do których wracam. Oczywiście warunkiem korzystania z filmów ASMR są słuchawki - a im lepsze, tym lepszy jest efekt. Życzę więc dużo korzyści z oglądania, a jeśli wyda się Wam to skrajnie głupie - to chociaż dobrej beczki z ludzi takich jak ja, którzy wpatrują się w te dziwactwa i odczuwają rzeczy całkiem sympatyczne.
i z polskich autorów (których wciąż zbyt mało):
poniedziałek, 6 października 2014
Dlaczego głupio jest nie być feministką?
Dałam
sobie pozwolenie na dłuższą przerwę w blogowaniu i wracam z palącym tematem -
bez zbędnego tłumaczenia.
Do tematu
feminizmu przymierzam się już od długiego czasu ponieważ uważam, że sprawa
jednak warta jest zachodu i poważnego traktowania -nawet dzisiaj gdy pozornie
problem jest już rozwiązany.
Punktem
zapalnym, który nakazał mi zbuntować się i wyrazić swoje zdanie był dzień w
którym zapoznałam się z postulatami setek kobiet z całego świata podpisujących
się pod hasłem Woman Against Feminism. Przyznam, że nigdy nie byłam wojującą
feministką – ale gdy przyszło mi przeczytać kilkadziesiąt niezbyt przemyślanych
sformułowań typu „Nie potrzebuję feminizmu, ponieważ lubię komplementy na temat
mojej urody”, „Nie potrzebuję feminizmu ponieważ kocham mojego chłopaka”, „Nie
potrzebuję feminizmu ponieważ golę pachy”, „Nie potrzebuję feminizmu ponieważ
nie jestem ofiarą” (odpowiem w tej samej kolejności: „Również lubię komplementy
na temat mojej urody i nie przeszkadza mi to w byciu feministką”, „W czym do
diaska miłość do chłopaka koliduje z walką o swoje prawa?”, „Stereotyp
nieogolonej i zaniedbanej lezby-feministki? Ciężko dyskutować na poziomie z
kimś, kogo wiedza ogranicza się do takich niuansów”, „Nie jesteś ofiarą teraz,
a co jeśli będziesz dziś lub jutro? A może Twoja mama, siostra? Bardzo płytkie
i niezrozumiałe przeze mnie myślenie..”). Argumenty Anty-feministek nie mają
nic wspólnego z logiką ani merytoryczną dyskusją, każdy z nich daje się obalić
w 5 sekund. Jeśli ktoś z Was jest zainteresowany, poniżej parę smaczków – dla
większej ilości należy udać się TU.
Nie potrafię pojąć jak
kobiety mogą tak mocno działać na swoją niekorzyść. Powiada się przecież „nie
sra się we własne gniazdo”. Nie jestem jednak wrogiem tych dziewczyn – uważam,
że wina nie jest w nich – raczej w niewiedzy, niezrozumieniu lub powierzchownym
zapoznaniu z tematem.
Dlaczego ja tak mocno upieram
się przy swoim feminizmie? Masz przecież Aniu swoje prawo do głosowania, gdybyś
się uparła to w dzisiejszych czasach możesz nawet iść do wojska. Co miało być
wywalczone, zostało wywalczone, czy jest sens drzeć koty i wojować z szabelką w
dłoni?
Jestem feministką nie tylko
dlatego, by walczyć o nowe prawa (choć w kilku przypadkach być może również)
ale przede wszystkim by utrzymywać to co już udało się zdziałać. Jestem
feministką ponieważ tak bardzo doceniam pracę moich przodkiń i dlatego, że wiem
jak jeszcze parędziesiąt lat temu wyglądało by moje babskie życie. Nie
zamierzam tu nikogo historycznie edukować, ponieważ o życiu kobiet skazanych na
pracę gospodyń domowych możemy dowiedzieć się od naszych własnych babć i
niepotrzebna jest do tego naukowa literatura. Jestem przerażona wizją
niemożliwości studiowania zastąpioną nauką robienia na drutach. Nie wyobrażam
sobie, że rodzina wybierałaby za mnie partnera życiowego, wychodząc za którego
skazywałabym się na wieczną służbę mężczyźnie, dzieciom i obowiązkom domowym. Wymieniać
mogę długo przyglądając się dziejom ludzkości, lecz historię każdy z nas na pewno miał w szkole.
Więc proszę mi wytłumaczyć
jak to się dzieje, że istnieją wciąż w społeczeństwie takie jednostki które
ranią moją wolność i poczucie równości, twierdząc jak sztandarowy Korwin –
Mikke, iż kobietom należało by odebrać prawo do głosowania. Jak to jest, że na
weselu czy innej imprezie rodzinnej spotykam „wujaszków” po paru głębszych,
którzy wałkują swoje poniżające teorie: „Kobieta, która nie prasuje koszuli,
nie gotuje obiadu i nie pierze facetowi skarpet to nie jest prawdziwa kobieta”.
Skąd urwały się kobietki –trzpiotki dyskutujące w tramwaju „Dziewczynki to
zawsze takie grzeczne są, a chłopcy rozbójnicy i tyle z nimi kłopotu.”, „Dziewczynki
lepiej się uczą polskiego, chłopcy matematyki.”. Chciałabym krótko i po swojemu
rozprawić się z niektórymi – według mnie, niepotrzebnie rozpowszechnianymi
mitami:
- Tego, czy kobietom należy odebrać prawo do głosowania najchętniej wcale bym nie komentowała. Wymieniony wcześniej jegomość argumentuje swoje zdanie tym, że kobiety zwyczajnie nie są zainteresowane polityką – a takie osoby nie powinny głosować. Logika podpowiada mi, iż takim razie powinno się odebrać prawo do głosowania tym którzy nie są zainteresowani polityką, a nie tylko kobietom – ponieważ są w tej grupie większością. Oczywiście nie będę nikogo przekonywać, że kobiety tak samo interesują się polityką jak mężczyźni ponieważ ilościowo faktycznie istnieje dysproporcja. Myślę, że jednym z głównych powodów jest istniejący wciąż stereotyp (który, całe szczęście ulega zmianie) że polityk to poważny pan w garniturze i to chłopców zachęcamy do marzeń o stanowisku prezydenta. Odważniejsze kobiety łamią ten stereotyp, ale do całkowitej zmiany myślenia potrzebne są wciąż zmiany pokoleniowe.
- „Kobieta powinna prać, gotować, sprzątać i zajmować się dziećmi – a mężczyzna powinien zarabiać na dom.” Tego typu hasła budzą we mnie okropne zażenowanie i smutek. Jest to przede wszystkim komunikat bardzo krzywdzący dla obu stron. Czasem zastanawiałam się, czy z wygody nie przyjąć takiego życiowego stanowiska – ja będę leżeć i pachnieć, a wybranek który się na to zgodzi będzie utrzymywał mnie i wesołe stadko potomstwa. Zorientowałam się jednak, że w domu będę musiała ostro zapierdzielać przy garach i pieluchach więc szybko zrezygnowałam ;) A całkiem poważnie – wiem, że się do tego nie nadaję. Nie lubię gotować, a gdy zabieram się do przyrządzania obiadu rodzina kontrolnie przypomina sobie telefon straży pożarnej. Nie jestem też pedantką i przykro mi to stwierdzić, ale nie dałam się nigdy namówić przekonaniom iż „pokoik dziewczynki powinien być czysty i schludny”. Wszędzie wokół mnie przestrzeń zmienia się w nie poskromiony chaos bibelotów i książek. Koszule swojemu chłopakowi prasuję – ale wiem, że robię to lepiej, tak samo jak wiem, że on lepiej gotuje i dba o porządki. Wiem również, że świetnie czuję się podczas różnorakich dyskusji na uczelni (w których parę set lat temu kobieta nie miała by szans uczestniczyć!), oraz że zamiast przy garach wolę spędzać swój czas w pracy ucząc się nowych rzeczy i zarabiając pieniążki. Czuła bym się bardzo zniewolona, gdyby ktoś kazał mi zmienić mój aktualny tryb życia, tak samo jak prawdo podobnie zniewolony mógłby czuć się mężczyzna obarczony ciężarem utrzymania całej swojej rodziny.
- Dziewczynki są grzeczne, lepiej uczą się polskiego, najbardziej lubią bawić się w dom lalkami a w książeczkach czytają, że najlepszym zawodem w przyszłości jest pielęgniarka lub nauczycielka. Chłopcy z kolei łobuzują, lubią WF i matematykę, bawią się autami i robotami, a w przyszłości zostaną strażakami, policjantami lub lekarzami. Ja chyba miałam szczęście, ponieważ rodzice wychowywali mnie w innych przekonaniach – jestem więc żywym przykładem na to, że powyższe hasełka są jedynie kulturowo umówionymi bajkami. Bajkami, które krążą wciąż w społeczeństwie, chyba tylko po to by ograniczać myślenie dzieci o ich własnych rolach i przyszłości. Całe szczęście moja mama unikała ubierania mnie w różowe fatałaszki (i pomyśleć, że nie wyszła ze mnie jakieś homo-dżender-lezba), nie bywałam więc obrzydliwą różową księżniczką i nie czułam się z tego powodu prześladowana. Nie wiem czy byłam grzeczna czy nie, myślę że byłam zwykłym energicznym dzieciakiem jak inni niezależnie od płci, uczyłam się dobrze wszystkich przedmiotów i miałam świetne oceny z matematyki. Po co więc wmawiać komuś, że jego zdolności powinny być ukierunkowane w jakąś konkretną stronę, gdy przed każdym dzieckiem istnieją miliony możliwości? Być może wychowanie bez narzucania standardów (a zamiast tego, ze wskazywaniem możliwości) jest rozwiązaniem na problem małego zainteresowania kobiet polityką itp.
- „Kobieta skąpo ubrana prosi się o gwałt.”. Zacznę może od analizy tego zdania pod względem logiki. Coś tu zgrzyta, bo przecież gwałt z definicji jest czymś czego się nie chce i co jest wymuszone przemocą, jak zatem ktokolwiek może się o to prosić? Gwałt z zasady powinien być uznany za zły i nie powinno się go w żaden sposób usprawiedliwiać – nie przekonają mnie żadne próby tłumaczenia, że kobieta może tą czynność spowodować. Owszem, człowiek posiada instynkty, a bodźce takie jak odsłonięte damskie ciało bez wahania te instynkty pobudzają. Nie jest to jednak dla mnie wystarczające usprawiedliwienie. Jesteśmy ludźmi, a człowieczeństwo pozwala nam panować nad naszymi instynktami. Tak samo jak nie robimy kupy na środku ulicy, powinniśmy powstrzymać naszą chęć uprawiania seksu, tym bardziej z kimś kto tego nie chce lub nie jest w stanie wyrazić czy chce. Powody dla których kobiety ubierają skąpe ubrania są różne. Część z nas faktycznie chce zwrócić uwagę mężczyzn na swoje wdzięki (ale nie prowokować do gwałtu!), innym razem robimy to dla wygody lub dlatego, że podążamy za modą. I to jest okej – nikt tego prawa nie powinien nam odbierać, ani tym bardziej wmawiać nam, że pragniemy zostać zgwałcone przez zezwierzęconego osobnika.
- Dlaczego kobiety mają dostawać równe wynagrodzenie skoro rodzą dzieci i odchodzą na długie urlopy? Po pierwsze, wspólnym interesem całego starzejącego się społeczeństwa powinno być dbanie o przyrost naturalny – kobiety powinny być raczej zachęcane do rodzenia, płodzenia i niańczenia, niźli tak jak teraz – stawiane w bardzo kłopotliwej sytuacji. Społeczeństwo nie jest jednak w stanie przyjąć tego szerszego niż własne cztery litery punktu widzenia, co pcha nas powoli ku zagładzie (czyli ku poważnym problemom finansowym w przyszłości), ale co tam! Ważne, że tu i teraz oszczędzamy na kobietach i nie pomagamy im podejmować decyzji o posiadaniu dziecka. Po drugie, jeśli nawet przyjmiemy ten egoistyczny punkt widzenia – „kobieta może iść na urlop macierzyński więc dostanie mniejszą pensję bo jest mniej rokującym pracownikiem”. W dzisiejszych czasach jest to stanowisko dość szokujące, ile jest bowiem kobiet które dzieci mieć nie mogą lub nie chcą? Czy sama potencjalna możliwość ich posiadania skazuje nas na wieczne potępienie i podejrzliwość szefów?
Na koniec wpisu –
bardzo okrojonego, bo jest to temat niekończących się problemów do dyskusji –
chcę przekonać, że nie jestem wcale zdania iż jesteśmy wyzbyci jakichkolwiek
cech wyróżniających, a najlepszym rozwiązaniem była by unifikacja bez względu
na płeć. Część Anty-feministek jest święcie przekonana, iż właśnie do tego dąży
feminizm. Wcale nie myślę, że kobiety i mężczyźni nie różnią się od siebie.
Płeć nas z oczywistych powodów definiuje, nadaje nam określone predyspozycje.
Osobiście uważam, że mężczyzn charakteryzuje siła, a kobiety piękno i są to
ideały nie do przeskoczenia wpisane w naszą naturę. Jeśli chcemy - możemy je pielęgnować jako nasze atuty. Ale w przeciwności do osób
o skrajnych poglądach (w jedną lub w druga stronę), myślę że powinniśmy być
równo traktowani po prostu jako ludzie. Natura nie rozdaje po równo. Są silne kobiety i
piękni mężczyźni. Są brzydkie kobiety i słabi mężczyźni. Czy zasługują oni na
potępienie, czy są gorsi? To przecież jedynie wartości powierzchowne. W moim
odczuciu powinniśmy być oceniani miarą swoich własnych ludzkich możliwości,
powinniśmy kształtować te cechy co do których czujemy się silni i te właśnie cechy powinny być naszymi atutami. Czy będzie to
projektowanie mody przez mężczyznę czy zarządzanie dużym przedsiębiorstwem bądź
krajem przez kobietę.. Nie musimy wyzbywać się kobiecości i męskości by to
uzyskać – na tym polega mój feminizm. Nie ma nic takiego w kobietach, co mogło by pozwolić bym uznała je za mniej wartościowe - tak samo jak nie ma w mężczyznach nic przez co mogła bym zgodzić się, że są gorszymi ludźmi.
środa, 23 lipca 2014
Mało kto za jesienią tęskni..
..a ja tęsknię.
I co roku każdego lata zdarzy się taki dzień, gdy zmęczenie wszystkie moje myśli sprowadza do jesieni.
Wiesz co w niej lubię? To uczucie przemijania i powtarzalności. Co roku dzięki niej przypominam sobie, że świat trzyma mnie za rękę. Jesień opiekuje się mną, porządkuje mnie.
Dzisiejsza popołudniowa drzemka przyprowadziła kojące wspomnienie. Śniąc przypomniałam sobie swoje poczucie czasu z okresu pierwszych lat szkoły podstawowej. Wiele bym oddała by móc teraz oddać się temu. Dzień, miesiąc,wakacje - wszystko trwało trochę dłużej, a z tyłu głowy nie pojawiało się niebezpieczeństwo niedotrzymanych terminów, zobowiązań, spraw z którymi chce się zdążyć na czas. Jakieś to życie było bardziej poukładane, nie trzeba było się martwić.
Rano nie zrywał ze snu makabryczny budzik. Plan zajęć dyktował każdy dzień. Ktoś zawsze czuwał by zadania odrobione były na czas, a moim zadaniem było tylko ich wykonanie. Na wszystko starczało czasu - na kolegów, koleżanki, zajęcia pozalekcyjne, pisanie grubych pamiętników, zabawy z bratem i rodzicami, a do tego wszystkiego można było się jeszcze nieźle wynudzić.
To nic odkrywczego, każdy przecież tęskni za beztroskim dzieciństwem.
Dlatego cieszę się, że mam chociaż tą jesień. Jesień, która co roku otacza mnie swoim niewidzialnym ramieniem i sprawia, że kolejny rok nabiera kształtu, dopełnia się. Wiem dzięki niej, że mój świat nie funkcjonuje w kompletnym chaosie, jest w nim jakaś powtarzalność, punkt odniesienia. I właściwie mogła by to być każda inna pora roku, ale chyba tylko jesień ze swoim głębokim przemijaniem i melancholią daje mi tyle ciepła. Być może to przemijanie jest smutne skoro tak wiele osób na jesień wpada w chandrę.. Dla mnie jednak jesień jest bezpieczna, spokojna i opiekuńcza.
Dzisiaj przytłoczona upałem, obowiązkami, brakiem wakacji a nawet ich planów zabójczo tęsknię za moją ulubioną porą roku. Całe szczęście już niebawem otuli mnie swoim ciepłym kocem i wręczy herbatkę.
I co roku każdego lata zdarzy się taki dzień, gdy zmęczenie wszystkie moje myśli sprowadza do jesieni.
Wiesz co w niej lubię? To uczucie przemijania i powtarzalności. Co roku dzięki niej przypominam sobie, że świat trzyma mnie za rękę. Jesień opiekuje się mną, porządkuje mnie.
Dzisiejsza popołudniowa drzemka przyprowadziła kojące wspomnienie. Śniąc przypomniałam sobie swoje poczucie czasu z okresu pierwszych lat szkoły podstawowej. Wiele bym oddała by móc teraz oddać się temu. Dzień, miesiąc,wakacje - wszystko trwało trochę dłużej, a z tyłu głowy nie pojawiało się niebezpieczeństwo niedotrzymanych terminów, zobowiązań, spraw z którymi chce się zdążyć na czas. Jakieś to życie było bardziej poukładane, nie trzeba było się martwić.
Rano nie zrywał ze snu makabryczny budzik. Plan zajęć dyktował każdy dzień. Ktoś zawsze czuwał by zadania odrobione były na czas, a moim zadaniem było tylko ich wykonanie. Na wszystko starczało czasu - na kolegów, koleżanki, zajęcia pozalekcyjne, pisanie grubych pamiętników, zabawy z bratem i rodzicami, a do tego wszystkiego można było się jeszcze nieźle wynudzić.
To nic odkrywczego, każdy przecież tęskni za beztroskim dzieciństwem.
Dlatego cieszę się, że mam chociaż tą jesień. Jesień, która co roku otacza mnie swoim niewidzialnym ramieniem i sprawia, że kolejny rok nabiera kształtu, dopełnia się. Wiem dzięki niej, że mój świat nie funkcjonuje w kompletnym chaosie, jest w nim jakaś powtarzalność, punkt odniesienia. I właściwie mogła by to być każda inna pora roku, ale chyba tylko jesień ze swoim głębokim przemijaniem i melancholią daje mi tyle ciepła. Być może to przemijanie jest smutne skoro tak wiele osób na jesień wpada w chandrę.. Dla mnie jednak jesień jest bezpieczna, spokojna i opiekuńcza.
Dzisiaj przytłoczona upałem, obowiązkami, brakiem wakacji a nawet ich planów zabójczo tęsknię za moją ulubioną porą roku. Całe szczęście już niebawem otuli mnie swoim ciepłym kocem i wręczy herbatkę.
wtorek, 15 lipca 2014
Sztuka życia - SLOT ART Festival 2014
Wiecie jak bardzo było mi żal, gdy rok temu dowiedziałam się o istnieniu czegoś takiego jak SLOT ART festival po raz pierwszy? Uwierzcie - bardzo, tym bardziej że tamtych wakacji było już "pozamiatane".
Jak mogłam być taką fajtłapą i nie wyłapać jakichkolwiek informacji, kiedy moi znajomi wracali ze SLOTu po raz kolejny od kilku lat. Być może w moim wcześniejszym środowisku nie było to wydarzenie popularne ani promowane? Co za szkoda..
Zakochałam się w SLOcie od pierwszej chwili, gdy do moich rąk trafił informator z edycji 2013. Niezliczona ilość warsztatów, wykładów, koncerty - wszystko na terenie wielkiego pocysterskiego klasztoru w Lubiążu - wizja takiego combo wspaniałości mocno zadziałała na moją wyobraźnię. No i wiadomo było, że się wybiorę. Co więcej, dziś po powrocie wiem, że nie był to mój ostatni raz.
Cały ten entuzjazm nie był jednak ślepy - jechałam na festiwal po części również z ciekawości. Od początku wiedziałam, że część wykładów zahacza o tematykę religijną, a jednym z założeń SLOTu (poza twórczością, wolnością, miłością, spotkaniem i rozwojem) jest Bóg. Posiadam już w miarę ukształtowany światopogląd, w którym miejsce Boga nie jest istotne, więc rodziła się we mnie też pewna obawa że być może poczuję się namawiana do czegoś, na co nie mam ochoty. O tym jak to się skończyło wspomnę na koniec.
W telegraficznym skrócie - bo o tych paru dniach na SLOcie można by opowiadać i opowiadać. Rodziny z dzieciurami, młodzież gimbazjalna i licealna, psiury, pancury, dredziarze, pasjonaci, brodacze, łysole. Dosłownie przekrój społeczeństwa, którego wspólnym mianownikiem była chęć tworzenia, rozwoju, zdobywania wiedzy o sobie i o życiu, odpoczynku od codzienności. Chodziłam na szczudłach, uczyłam się języka czeskiego, słuchałam o relacjach w związku i tworzeniu własnych mitów, piłam baaardzo smaczne kawki, tańcowałam na klubowej, słuchałam poezji, zapoznawałam się z twórczością innych, uczestniczyłam w licznych koncertach, odpoczywałam leżąc na trawie. Tak bardzo potrzebowałam takiego odświeżenia, zaczerpnięcia pełnego oddechu dalekiego od krakowskiego imprezowego towarzystwa wzajemnej adoracji.
Być może będzie to niepoważna konkluzja, ale większą radość niż wszystkie atrakcje zapewnione przez organizatorów dały mi dwie rzeczy: fakt, że na terenie festiwalu zakazane było spożywanie alkoholu oraz to, że nie natykałam się na każdym kroku na odlaszczonych kolegów i koleżanki w najnowszych najeczkach, koszulkach MISBHV których największym osiągnięciem jest ilość zaliczonych melanży. Co za ulga!
Wróciłam trochę smutna (bo koniec), ale ze świeżą głową. Gdybym miała powiedzieć co zrobiło na mnie największe wrażenie, był by to z pewnością koncert i wypowiedź O.S.T.R.ego na temat polityki w naszym kraju. Po około 10 latach słuchania, w końcu udało mi się pojawić na jego występie i ze zdumieniem muszę przyznać, że razem z O.S.T.R.ym dojrzewamy do pewnych kwestii w podobnym tempie, dochodząc do podobnych wniosków.
Bałam się nieco patetycznej i wzniosłej atmosfery. Nie wiem czy nie zabrzmi to głupio - ale nie jestem fanką przesady w tym względzie. Wiem, że częścią SLOTu jest sielankowa atmosfera wzajemnej pomocy, przyjaźni, uśmiechu - jak dla mnie ciut przesadzona, ale przysięgam że tylko ciut - bo nie czuć w tym zbyt dużej sztuczności. Natomiast co do religii, nie czułam się napastowana. Nikt w trakcie całego festiwalu nie powiedział mi, że wiara w Boga jest jedyną słuszną opcją. Na mojej drodze nie stanął ani jeden ksiądz katolicki, czego nie traktuję ani jako plus, ani minus - bo lubię mądrych księży.
Być może gdybym była nadwrażliwa, mogłabym sobie narzekać na występy nawiedzonego kaznodziei Davida Pierce który wytwarzał wokół siebie podniosły klimat naciąganego nawrócenia i obecności Jezusa. Również występy zespołu No Longer Music były dla mnie czymś raczej żenującym i absurdalnym (muzycznie bardzo słaby, opierający się według mnie na skandalu performance o wierze w Jezusa) , lecz to wszystko nadal zostaje stłamszone przez ogromną ilość plusów całego festiwalu - przynajmniej następnym razem wiem, czego unikać ;)
Mam nadzieję, że mój wpis zachęci do SLOT-u osoby, które tak jak ja wcześniej nic o nim nie słyszały. Za rok bierzcie ziomeczków, dzieciarnię, psy i koty - do zobaczenia! Być może spotkamy się na szczudłach wysoko nad ziemią, lub tym razem Wy będziecie prowadzić jakieś ciekawe zajęcia?
Gdyby ktoś chciał zasięgnąć większej ilości informacji na temat warsztatów, wykładów i spotkań odsyłam na http://slot.art.pl/pl/
Subskrybuj:
Posty (Atom)














